Uwaga nazwa
14 czerwca 2006Prowadząc rozmowy z klientami, rozpoczynającymi działalność, uczulam na prawidłowy dobór nazwy dla firmy, nie tylko dobrze brzmiącej dla ucha, ale i odpowiedniej do rodzaju działalności. Dobrze skonstruowana nazwa, którą łatwo się wymawia, zapamiętuje i pozytywnie kojarzy, pełni nieocenioną rolę w promocji firmy.
Jak w wielu dziedzinach, także i w tej zwanej z angielska namingiem, istnieją wyspecjalizowane agencje budujące nazwy dla firm czy marek. I, jak to bywa przy wysokiej klasy specjalistach, nie są to rzeczy tanie z racji nakładu pracy, weryfikacji itp. Zatem przy ograniczonych funduszach, jakimi dysponuje mała firma na starcie, trzeba zdać się na własne umiejętności nazwotwórcze. Warto jednak pamiętać, że stworzona nazwa będzie naszą wizytówką na lata, warto więc do tego podejść także z punktu widzenia perspektyw rozwoju firmy.
Na jednym z forów dyskusyjnych jako przykład nieodpowiedniej nazwy dla biznesu podano słowo „serduszko” – czy rzeczywiście jest nieodpowiednie? I tak i nie. Dla portalu, czy firmy matrymonialnej będzie w sam raz, zdecydowanie nie jest dobre dla firmy handlującej narzędziami. Jednak, w sumie, nazwa nie ma skojarzeń negatywnych, choć takowe mogłyby się pojawić w wypadku zakładu pogrzebowego. Przerysowuję nieco sytuację aby łatwiej pokazać, iż coś, co jest do przyjęcia dla jednej działalności i daje jak najbardziej prawidłowe oraz pozytywne skojarzenia, użyte w niewłaściwym miejscu może odwrócić swoje cechy pozytywne na negatywne, a nawet ośmieszyć.
Prostą sprawą jest budowanie nazwy od nazwiskowej, jak Wedel czy Blikle, naturalnie przy założeniu że nie mamy powszechnie występującego nazwiska – niebezpieczeństwo powstania kolejnej firmy Nowak w naszym obszarze działania i co za tym idzie mylenie przez klientów. Ale nie każdy przecież ma unikalne nazwisko, a i taka od nazwiskowa nazwa niesie za sobą pewne zagrożenie – ewentualna negatywne działania firmy przeniosą się na negatywne postrzeganie właściciela nazwiska.
Połączeniem obu wcześniejszych sposobów tworzenia nazwy jest konstruowanie ich poprzez stworzenie nowego słowa z połączenia dwu części zapożyczonych ze słów istniejących.
Przykładowo: p. Kowalski zamierza sprzedawać wanny i tworzy dla swojej firmy nazwę – z dwu elementów: nazwiska i nazwy towaru, którym handluje. Z nazwiska użyty zostaje człon pierwszy KO a drugim członem jest wyraz „WANNY” – powstaje słowo/nazwa „KOWANNY. Nowe słowo dość dobrze określa pole, na którym działa p. Kowalski . Skojarzenie ze składowymi, w tak powstałej nazwie, jest dość proste, ma pozytywne brzmienie i łatwo daje się zapamiętać, negatyw właściwie tylko jeden – ewentualna zmiana branży może powodować problem z powiązaniem nazwy i nowego obszaru działania firmy.
Wspominam o adekwatności nazwy do pola działania , ale, co bardzo istotne, nazwa nie może też tworzyć nieprzewidzianych i niepożądanych skojarzeń. Niestety dość często możemy spotkać przykłady zapomnienia o tym szczególe dającej efekt dość przyznam komiczny, a skoro komiczny zatem niepożądany. Posłużę się przykładem jaki wczoraj udało mi się uchwycić na nowo ustawianych rusztowaniach:

Domniemywam, że nazwa powstała właśnie z prostego połączenia nazwiska, lub jego części, z rodzajem działalności, budownictwem. Ale mogę się mylić. O ile brzmi i wygląda to śmiesznie, w wersji jaką widać na fotce, to zastanówmy się jakie przesłanie niosłaby sama nazwa „Ciałbud” z doprecyzowaniem „remonty renowacje” ale bez otoczki graficznej. Czy nie kojarzylibyśmy tego prędzej z „odremontowaniem” ciała niż budowlanką? Osobna kwestia to łamaniec językowy w nazwie, nawet w tym drugim skojarzeniu. Tak więc, oprócz nieciekawej kwestii skojarzeniowej, mamy i brzmieniowy zgrzyt.
Przywołana na początku dyskusja z forum, na temat „serduszka”, tyczyła łatwości, lub nie, promowania firmy poprzez jej nazwę. Zapewne każdą nazwę jakoś da się prędzej czy później wypromować, podejrzewam że nawet złą. Jednak warto mieć na uwadze, czy promując firmę na rynku osiągniemy pożądany efekt czy też, czego nie życzę, promujemy swoją firmę negatywnie. Zła nazwa zawsze wymaga dużo większych nakladów bowiem dochodzą dodatkowe duże działania na rzecz osłabienia i zneutralizowania niepożądanych skojarzeń, a następnie ugruntowania tych właściwych. Warto o tym pamiętać.
Futbol i kasa
11 czerwca 2006Pomysły zarobienia na i przy okazji „festiwalu kopania piłki” sięgnęły poziomu boiska. Dosłownie. Konkretnie murawy boiska piłkarskiego. Jak pokazała tv można już sobie kupić kawałek takowej murawy w eleganckiej puszce po sardynkach.
W sumie pomysł niegłupi, wzorowany zresztą na puszkach ze świeżym górskim powietrzem. Jeżeli są to kawałki konkretnych boisk i można wybrać to, na którym akurat wygrała mecz nasza drużyna /akurat nie Nasza/ zbyt zapewniony. Miły souvenir. Dla kibiców-mieszczuchów szczególnie odpowiedni, dzieciom można pokazać, jak wyglądała trawa zanim ją zabetonowano na parkingi osiedlowe.
Na blogu Briefu, http://www.blog.brief.pl/, można obejrzeć 5 reklam /4 wideo/ wykorzystujące tę samą okazję.
Heraldyczne fikołki
9 czerwca 2006Rozmawiając ostatnio z klientem zeszliśmy w uliczkę heraldyka. Opowiedział jak to ciekawie przebiegały prace nad takowym herbem. Stworzono komisję do oceny, same tuzy z miejscowego szczebla władzy. Zaproszono grafika do opracowania. Nikt co prawda nie miał wiedzy heraldycznej, ale nie szkodzi. Grafik opracował projekt na tyle zgodny z zasadami tejże heraldyki na ile wiedział i potrafił. Wysoka komisja zebrała się i zaczęto deliberacje – kolor nie ten, może spróbujemy taki… albo taki…, ja bym dodał … a ja …. . Snopek, trybik, słonko, woda, może pałka, pałki szkoda. Parę godzin zaciętego dyskursu przyniosło sowitą listę życzeń, uwag i zaleceń. Grafik zdębiał. Zdawał sobie sprawę ze swoich braków wiedzy i możliwości popełnienia błędu, aliści to, czego oczekiwano byłoby karykaturą. Realizacja takiego projektu oznaczałaby podpisanie się pod nim i wyjście na idiotę. Zrezygnował. I dobrze, przynajmniej jeden mądry.
Przypomniało mi to, onegdaj czytaną, informację o herbie Mazowsza, zrobiłem niestety wydzierkę z jakiejś gazety, więc cytował nie będę. Otóż ni mniej, ni więcej, Mazowieckie „pożyczyło” sobie godło wielkopolskich Oborników i ma problem. Oceniali fachowcy, doradzali fachowcy, zapewniali fachowcy w 2002, a teraz fachowcy mówią – Błąd. To komisja heraldyczna przy MSWiA nie porównuje projektu do istniejących już herbów przed akceptem? Nie ma znaczenia, że heraldycy są skłócenia. Albo coś już istnieje albo nie.
Wrzeszczące szyldy reklamowe
8 czerwca 2006Obserwuję ciekawe zjawisko dbania o „wizerunek firmy”, a właściwie „widzialność firmy” poprzez szyld reklamowy. Każdy kolejny szyld na biurowcu, reklamujący nową firmę, musi być 1. większy niż pozostałe, 2. bardziej krzykliwy w kolorze. Syndrom ten występuje na ogół na biurowcach, w których administracja zajmuje się liczeniem kasy za m2, dbałość o estetykę mając w głębokim poważaniu. Przekaz, jaki niesie taka koszmarna szyldziastość, to jeden wielki wrzask, więc kto by tego słuchał. I tu pojawia się smaczek do tej krzykliwości, bezładnej, nieczytelnej i wielokrotść kompletnie bezsensownej. Otóż przy wejściu do budynku niejednokrotnie brak jakiejkolwiek informacji, choćby małej tabliczki, bywa że i w holu nie ma nic, poza portierem.
Osobnym tematem jest wykonanie tychże „szyldów reklamowych”, praktycznie można się tu zapoznać ze wszelkimi dostępnymi aktualnie na rynku materiałami i technikami. Nieudolność za to kompozycji jest porażająca w równie wielkim stopniu, jak ich krzykliwość. Inwencja jaką przejawia firma, w umieszczeniu takiego potworka na frontonie budynku wprawia czasem w zdumienie – wąska uliczka z wąskimi chodnikami, 4 piętrowa kamienica/biurowiec – człowiek idący chodnikiem nie zadziera głowy, bo i po co, patrzy pod nogi by ich nie połamać na chodniku przypominającym ser szwajcarski. Szyld wisi na wysokości 2-3 piętra, jaka szansa na zobaczenie go przez potencjalnego klienta? Prawie zerowa. No to po co toto wisi? szpecąc i tak nie najpiękniejszą w końcu fasadę.
Trzeba trafu parę ulic dalej miłe zaskoczenie – chodnik równiutki, wysprzątany, odnowiony fronton, przy bramie biurowca w starej, jak tamta kamienicy, przejrzysty, ujednolicony, w formie wizytówek firmowych, panel informacyjny. Na wysokości mojego wzroku. Nikt nie krzyczy, nie ściga się wielkościami i kakofonią koloru. Pełny, czytelny przekaz informacyjny.
Każdy taki fronton biurowca to miejsce budowania wizerunku firmy, tak w nim rezydującej, jak i zarządzającej. O ile te pierwsze robią co mogą, i na co je stać, aby się pokazać, o tyle zarządcy wielokroć zapominają co o ich firmie taki fronton świadczy. A co tam się przejmować, zawsze się znajdzie ktoś , kto chce wynająć. Fakt, jedni szukają lokalu „bo dobra ulica” i to wystarczy, ale też coraz więcej firm, szukających dobrej lokalizacji, oprócz samej lokalizacji zwraca pilną uwagę na „otoczenie” i dbałość o nie. Nie zdecydują się zapewne na szpetotę, niechlujstwo, bałagan czy dziury w chodniku przed przyszłą siedzibą.
Reklamowy wrzask to nie jest domena wielkiego miasta wbrew pozorom. Przykładem małe podwarszawskie firmy usługowe, siedzące na własnym i np. sprzedające dachówki, zatrzęsienie tego. Standardzik – maleńkie działki, z małym biurem i większą od niego, typową prezentacją rodzajów dachówki, w formie gotowego dachu. Już samo to plus, powiedzmy, reklama firmy X starczyłoby. Aliści ich właściciele, w bardzo dużej części, mają święte przekonanie iż należy stosować zasadę „im więcej tym lepiej”. Płot upstrzony banerami od a do z, i z powrotem. Tablice stojące,wiszące, powiewające, a i obrotowe bywają. Nawet duży bilboard się czasem zmieści, w poprzek, na krzyż albo na wspak, jak kto chce. Nie może się zmarnować żadna powierzchnia to i wykorzystany każdy centymetr malusich ścian zewnętrznych klitki-biura. Brakuje tylko „nad” – dla tych co latają. Zareklamowanie całkowite. Wszyscy dostawcy wymienieni, wszystkie rodzaje omówione, nazwy, marki, hasła i podziękowania dla dziadka. Wielość którą można obdzielić spore miasteczko zgromadzona w jednym miejscu. Wrzask aż uszy bolą, oczy bolą od oczopląsu z migotaniem. Czy to konieczne? Bardziej przyciąga i zachęca do skorzystania z zakupu? Nie, tylko właściciel o tym nie wie. Nie podejrzewam aby producenci płacili im wszystkim za te swoje reklamy, może jednak płacą, ale za mało i dopiero masa robi dochód wart tyle, by się nad tym nie zastanawiać? Tylko jaki interes miałyby firmy w płaceniu za reklamę w takim wrzaskowisku? płacenie za niezauważenie w tłumie? A może to moda, rywalizacja – kto ma więcej reklamy na m2?
W obu wypadkach jedynym realnym zyskiem, jest zysk wykonawcy szyldu reklamowego. Klient, ten potencjalny i realny też, nie lubi jak na niego wrzeszczą.
reklama
Tagi: bilboard fasada moda szyld tablice wizerunek właściciel
komentarze 3