para w gwizdek
29 grudnia 2012Witacze na tapecie, po raz wtóry.
O witaczach w Bydgoszczy pisałem na początku tego roku. Skończyło się wtedy niczym, mamy jednak ciąg dalszy, czyli nowe propozycje. Ale nim do tego przejdę dwa słowa o samych witaczach, dla przypomnienia.
Protoplastą witacza jest słup graniczny miasta, zakreślający własność miejską i jego, niegdyś, obszar jurysdykcji. Oznakowanie takiego słupa było zatem logiczne – najważniejszym miejskim symbolem, czyli herbem. Prezentowałem taką formę słupa granicznego w ubiegłym roku na przykładzie Szydłowca. Te słupy graniczne miasta w dobie obecnej zyskały swoistą popularność przekształcając się w owe „witacze”, słowo samo w sobie koszmarnie zgrzytające i mało zachętliwe. Zmieniła się też ich rola, ustawiane niegdyś na granicach miasta, teraz stoją różnie, niekoniecznie do owych granic przypisane. Intencją, stawiających je powszechnie włodarzy, jest nie tyle bowiem oznaczenie jurydyki co reklama/promocja miasta (?!) już na wjeździe, a co za tym idzie wykorzystywany bywa także znak promocyjny miasta, choć moim zdaniem nie jest to dla niego miejsce właściwe. Niestety nowa rola z jednej strony prowokuje do oryginalności rozwiązań, co nie jest samo w sobie złe, o ile uwzględnia odbiorcę, w tym wypadku poruszającego się samochodem, a więc o ograniczonej możliwości rozeznania detalu. Z drugiej strony owa reklamowo-promocyjna funkcja kusi do przegadywania komunikatu o duperelne dodatki. To przegadanie detalami i ozdóbkami można obejrzeć w prezentowanych pomysłach witaczowych w materiale z roku ubiegłego pt. Witaczożegnacze” , gdzie podstawowy komunikat gubi się w tej oryginalności na siłę, ozdobności i bajeranctwie. W wielu wypadkach trudno rozsądzić czy są bardziej niekomunikatywne, czy nieestetyczne.
Łatwo narzekać, to fakt, bo chyba nie ma jasnych reguł dla tego nośnika, może więc warto je sformułować, choćby na użytek własny. Przyjmijmy proste kryteria, jakim powinien ten przekaz odpowiadać, to oczywiście moja propozycja, ale sądzę warta zastanowienia.
1. Witacz powinien zawierać herb i nazwę miasta/miejscowości. Tu mała uwaga – herb jest znakiem urzędowym i niezmiennym (są oczywiście wyjątki), w przeciwieństwie do logo promocyjnego, często powiązanego z określoną tematycznie i czasowo strategią, zatem łatwo wymienialnego na kolejne, zupełnie inne. Herb ma więc atut znaku wyższej rangi i przy tym atut kosztowy, witacz z herbem nie wymaga zmian przez lata, jak przy zmianie kolejnego logo promocyjnego. Ma też atut dodatkowy – pokazuje historyczną trwałość miejsca.
2. Witacz owszem powinien być formą oryginalną, choć to nie jest wymóg bezwzględny, i w swojej zwartej formie przekazać/podkreślić zwięzły komunikat o miejscu, w postaci herbu i nazwy miejsca. Powinien także, bezwzględnie, liczyć się z percepcję odbiorcy i specyfiką sytuacji, w jakiej się on znajduje – przejazd obok, samochodem, przy sporej na ogół szybkości. Powinien także być ten komunikat czytelny z większej odległości, na wprost oczu kierowcy. Usytuowany zatem prostopadle do linii drogi, nie równolegle. Przykładem takiego nietrafnego podejścia, w sytuowaniu witacza równolegle do drogi, jak i komunikatu na nim, jest warszawski pomysł na witacz, zaprezentowany w marcu 2012.
Mamy zatem sformułowane podstawowe kryteria oceny, przyjrzyjmy się więc efektom tego drugiego konkursu na witacz w Bydgoszczy. I tu zacznę od cytatu, z którym trudno się nie zgodzić co do nagrody głównej, trudno się zaś zgodzić co do wyróżnień:
A teraz przyjrzyjmy się tym 4 wybranym. Napisałem wyżej że trudno się zgodzić co do wyróżnień, ale to dokładnie w połowie prawda. Pierwsze dwie propozycje, prezentowane niżej, są interesujące, choć z wadami, ale do dopracowania. Kolejne dwa prezentowane projekty, to niestety pomyłka, całkowita.

Pierwszy z projektów nawet ma jakiś pomysł, ale: 1/informacja poszatkowana – na pierwszym słupie herb (za mały), na trzecim nazwa miasta. Łączy to trudno odczytywalne (poza znawcami tematu i autorami) cuś na kształt maźnięcia. To nie można było na jednym herbu i nazwy, bez tych ozdóbek? Było by prościej i czytelniej.

Projekt drugi bazuje na samej nazwie miasta. Czemu na samej nazwie? Ale to akurat drobiazg, który łatwo skorygować, wstawiając herb w tę konstrukcję, gorzej z czytelnością liter. Choć pomysł „płotu” granicznego sam w sobie, jako nośnika, nie jest zły, a na pewno oryginalny.

W projekcie trzecim brakuje mi fontanny. Serio. Bo jak już ma dawać kierowcom po oczach, mrygać i udawać Las Vegas, to dobrze skierowana fontanna mogłaby jeszcze myć auta, przy okazji i gratisowo.

Projekt czwarty, czyli przegadana sztampa, brzydka i niekomunikatywna. Po co komu na wjeździe do miasta informacja wizualna gdzie to miasto znaleźć na mapie Polski? Czy twórcy zauważyli taki patencik jak GPS, bez problemu znajdującego koordynaty miejsca? No i ta wymowna gałązka wyrastająca z Wisły… za diabła nie wiem co za komunikat mi wciskają, a oglądam projekt statycznie nie zza kierownicy pędzącego samochodu. Z premedytacją pomijam to, co na samej górze pomieścili, bo chyba nie o sprzedaż posocjalistycznych nieruchomości bydgoskich idzie.
Wyżej pokazany plon pokonkursowy można sobie obejrzeć na stronie www.bydgoszcz.pl, nieco szerzej, w postaci PDFów z prezentacjami.
No cóż, para poszła w gwizdek. Zwyciężyła efektowność rozwiązań, lub jak kto woli bajery, kosztem funkcjonalności i czytelności naturalnie.
przemyśl… obronę
28 sierpnia 2012Wracam do sprawy logo powiatu Przemyśl. Zrobiło już niewątpliwie karierę w sieci i poza nią, może nie taką, jak by chcieli twórca i decydenci, ale jest głośno i wesoło. Dzisiaj trafiłem na obronę „znaku”, przez twórcę, chyba jednak nie do końca przemyślaną i z za dużym zadęciem:
Panie Lemek, zgoda, co do samej skrótowej definicji logo, ale mam wątpliwości czy Pan ją zrozumiał. Zgadzam się też, że o gustach się nie dyskutuje, ale tu nie o gust a o warsztat idzie. O nieudolność, o ilustrację zamiast znaku i nic nie pomoże tym niespójnym perspektywom tłumaczenie o „czysto plastycznej pracy”. Tak na marginesie co to za określenie „praca czysto plastyczna”, chodzi o ołówek, grafion i ekierki? Jak rozumiem, projektowanie przy pomocy komputera to już nie jest, wedle Pana, „czysto plastyczna praca”, ciekawe. Szanowny Panie, nie ma znaczenia czym Pan to robił, ale jak to wyszło.
I jeszcze na koniec nieco dziwny cytat, z materiału na stronie Nowiny24:
Najbardziej zabolała go sugestia, że projekt wykonał odpłatnie.
To praca za pieniądze jest be, przynosi ujmę ? i kto to mówi, profesjonalista ?
przemyśl
24 sierpnia 2012Niewątpliwy hit letniego sezonu zlogowacenia, czyli kolejny znak terytorialny, pod hasłem Przemyśl. Logo gminy Przemyśl.

Niestety, czegoś nie przemyśleli.
DODATEK
Niby przemyśleli, bo oto Pan Wójt objaśnił co następuje, cytuję w całości:
„24-08-2012 r. Logo Gminy Przemyśl – wyjaśnienia.
W związku z licznymi komentarzami dotyczącymi oceny logo Gminy Przemyśl pragnę poinformować, iż powstało ono przy współpracy z artystą plastykiem- Brunonem Lemek- Członkiem Polskiego Związku Artystów Plastyków, nauczycielem i mieszkańcem naszej Gminy. Gmina Przemyśl jest położona po obydwu stronach rzeki San, a zarazem miasta Przemyśla i składa się z 16 miejscowości, które oprócz codziennej współpracy łączy historia. Na terenie Gminy Przemyśl znajduje się wiele obiektów Twierdzy Przemyśl, zwłaszcza „pierścienia zewnętrznego”. Nasz samorząd jest członkiem Związku Gmin Fortecznych, który realizuje projekt unijny, mający na celu udostępnienie turystom historycznych obiektów. Twierdza nadaje nam swego rodzaju tożsamość i odrębność, to motto wielu naszych działań i wysiłków. Dlatego też stała się przewodnim motywem naszego logo. Dziś jest to twierdza otwarta dla wszystkich.
Dziękuję wszystkim internautom za zainteresowanie, którego się nie spodziewaliśmy, za merytoryczne uwagi. Równocześnie informuję, iż na logo nie wydaliśmy ani złotówki – co być może dla niektórych jest dziwne. Powstało ono 2 lata temu, kiedy zaczęliśmy zbierać informacje na temat zabudowy fortecznej twierdzy w formie elektronicznej. Z analizy odwiedzin naszej strony w ostatnich dniach wynika, że logo spełniło swoją rolę. Dziękuję za zainteresowanie grafików z Polski, którzy zaoferowali nam swoją współpracę. Zapraszam do odwiedzin „naszej” twierdzy i udziału w imprezach organizowanych przez nasz samorząd.
Witold Kowalski
Wójt Gminy Przemyśl”
Oj Panie Wójcie, oj. No śmiesznie jest, że boki zrywać. To że darmo i że artysta ma jakoś polepszyć znak? Spełniło swoją rolę?? Panie Wójcie, z tego wniosek, że nie bardzo Pan wie po co jest w ogóle potrzebny znak i czy jest potrzebny. Pan zadzwoni, numer znajdzie Pan w zakładce Kontakt, wyjaśnię, też za friko :)
Odessa kotwiczy
1 sierpnia 2012Po iluś tam prezentacjach polskich znaków miast i miasteczek, jak i tego co się pojawia u sąsiadów, w Czechach oraz Niemieckich landach, przyszła kolej na Ukrainę.
Oto projekt identyfikacji miasta Odessa, autorstwa Art. Lebedev Studio (Moskwa-Kijów-Nowy Jork).

„The logo elegantly weaves together an anchor, heart, lighthouse, waves, and power”


Podejście dość banalne: Odessa > port > statek > kotwica. Do tego wszechobecne ostatnimi czasy nawiązanie do serca, „kochania”, kolejnego miasta. Którego to już miasta…. A co z innymi portami ukraińskimi? Kotwica zajęta, chyba, że stanie się lejtmotywem, jak serce.
Tak przy okazji i na marginesie – mamy dwie różne tendencje w budowaniu znaków/identyfikacji miast. Z jednej strony identyfikacje oparte o strategie, budowane skrzętnie i celowo, oparte na mniejszych lub większych badaniach i fokusach. Z drugiej znaki budowane na hasło „jaki koń jest każdy widzi”, w trybie konkursu „na misia”. W sumie dochodzę do wniosku, że obie tendencje mają pełną rację bytu, z prostej oto przyczyny – większość tych skrzętnie pisanych strategii ląduje w szufladzie, zostawiając całą robotę ich stronie wizualnej – znakowi lub fragmentom identyfikacji. Piszę fragmentom, bo jakoś dziwnie to wprowadzane niekompletnie, na ogół, coś tu, coś tam ciapnięte. Założenia pierwotne są, nie kontynuowane, rozwijane, wchodzą kolejni poprawiacze, pod dyktando chwili preparujący kolejne odsłony etc. Sprowadza się to, jak widać, do jednego i tego samego – znaku, samego, co ma czynić cuda. Problemy pojawiają się, niestety muszą, przy tych solidniejszych opracowaniach, opartych o wypracowaną strategię, która naturalnie schowana, w szufladzie. A schowana, bo cenna, a ludzie i tak nie zrozumieją. Pozostaje więc znak/identyfikacja oderwany od treści i robiący za cudaka, jak znak merca na hulajnodze, któremu się dziwują, protestują, opluwają i dopisują interpretacje z innych epok, bajek i snów, nie mając dostępu do tej prawdziwej. Wygląda to czasem komicznie, gdy nowy znak przypisywany jest jakimś starym hasłom czy strategiom dawno minionych lat i nijak się nie chce zgadzać z nimi, w żadnej warstwie. Bo niby jak miałby się zgadzać. Tak sobie myślę, że może rzeczywiście miastom nie są potrzebne żadne strategie. Wystarczą same znaczki, jakiekolwiek, byle były ładne, podobały się wszystkim. I tak przyjdzie w sumie powyborcza zmiana i zamiecie, po swojemu.
A Odessa kotwiczy…
design logo miasta promocja
Tagi: Art Lebedev Studio identyfikacja kotwica Odessa Ukraina znak
komentarze 2