Ludzie sukcesu
6 czerwca 2006Jedni wynoszą z uczelni wiedzę i dyplomy, podczas gdy inni wynoszą się i to szybko.
Ostatnio zerkałem na blog Bartka Krycharskiego http://www.bartekrycharski.idl.pl/ w zakładce „ludzie sukcesu” parę ciekawych nazwisk z notkami Bartka – Michael O’Leary /linieRyanair/, Steve Jobs /Aapple/, Steve Ballmer /współżałożyciel Microsoft/, Richard Branson /Virgin/… Prawdziwi ludzie sukcesu, warto poczytać. Polecam.
PS. Rodzina Bransona jest rewelacyjna.
Z komórką przy uchu
6 czerwca 2006Nastały takie czasy. Dyń, dyń, wrrrr, wrrrruuuu, koląg, loloooąg … W tramwaju, kinie, na ulicy, w domu i ogrodzie, w… dobra starczy. Ułatwienie, ogromne. A może kula u nogi, uzależnienie? Fakt, dużo łatwiej zadzwonić np. do ukochanej żony i powiedzieć ze się ją kocha, a co to przeszkadza, że 25 lat po ślubie? Ba, innym łatwo zadzwonić do nas gdziekolwiek jesteśmy.
Innym, czyli wszystkim, również namolnym akwizytorom sprzedającym świetlaną przyszłość w ubezpieczonym dostatku. Jest takie znane towarzystwo ubezpieczeniowe i cuś tam /nie będę reklamował za friko/. Dorwali się skądeś do mojego numeru telefonu nooooo i poooszłoooo. Raz na trzy dni telefonik – czy Pan … tak. Czy mogę Panu zająć chwilkę? tak, proszę, a o co chodzi? Już wyjaśniam… i tu następuje przydługawoprzynudnawa tyrada, ucho mnie już boli od tej komórki, ale jest finał, odmawiam, dziękuję, koniec rozmowy. Optymista. To była pierwsza rozmowa. Potem inne panienki, panowie tyż, świergolili mi ten sam tekst, krócej lub dłużej, kwestia szybkości rozłączenia /naliczyłem 137 rozmówek za rok pański 2005/. Czy oni sobie przekazują w firmie mój numer? może się założyli? kto mnie wpuści i złapie jak rybkę dostanie pochwałę, nagrodę, awans /niepotrzebne skreślić/. Ot, moja bujna wyobraźnia podpowiadała mi obraz nieciekawy – alw jako trofeum na ścianie prezesa, a może jedynie w korytarzu, za kserokopiarką.
Zabawa, zabawą, cierpliwość się czasem kończy.
Najciekawsze było jednak zakończenie wszystkich tych rozmów. Na moje – Nie jestem zainteresowany, rozmówca/czyni ZAWSZE próbował/a mnie zmusić do przyznania się DLACZEGO nie chce? no dlaczego??
Puenta: ich numer się nie wyświetla więc nawet nie wiadomo czy aby na pewno to od nich. Ale o „modzie” na nieujawnianie firmowego telefonu innym razem.
Nadmiar szczęścia czyli plakaty i ulotki
6 czerwca 2006Dookoła narasta jazgot koloru, zalewa wszechkolorowa reklama wszystkiego wszędzie i na wszystkim, o wszystkiej porze. Z podstawowych czterech /cmyk/ lub trzech kolorów /rgb/ twórcy wyciągają co się da, a nawet więcej. Z ogromem wysiłku umysłowego i talentu /czasami niekoniecznie i w ogóle / tworzą swoje dzieła i… no i właśnie, samo się nasuwa pytanie – po co i dla kogo?
Idę ulicą wzdłuż której stoi, jak za dawnych dobrych czasów, hektar parkanu. Dla pamietających dłużej takim salonem plakatu było kiedyś, przez długie lata, ogrodzenie wokół słynnej budowy błekitnego wieżowca, na obecnym placu Bankowym w Warszawie. Taka galeria dla mas z fantastycznymi perełkami dizajnu naszej nieocenionej szkoły plakatu. Eh, czasem lepiej nie wspominać… szczególnie, że nasuwa to skojarzenia i porównania. Płot jak tamten dużopowierzchniowy. Jak tamten oblepione toto od dechy do dechy i po horyzont. Ogarniam coraz nowe połacie wzrokiem i próbuję na czymś zawiesić choćby jedno oko, no niech mnie coś zaskoczy, zastanowi, zaintryguje… NIC, zero, null. Zlewająca się masa, fajerwerk koloru, tęcza… brak punktu zaczepienia.. i nagle, na samym końcu JEST. Zaskoczenie. To nie żaden wymuskany, amerykańskopodobny w bezmyśleniu, za ciężkie pieniądze, plakat super agencji, zwykły wklej szabloniarza. Rewelacyjny. Skrót myślowy, humor, asceza i… brak koloru. Przewrotnie konkluduje sobie, że w tym akurat przypadku, pomijając swawolną chęć naprawiania świata autora, skromność środków zrekompensowana została myśleniem. Mała firma marzy o superbudżecie reklamowym i powiela banalne wzorce rodem z bezmyślowa. ładne, bajeranckie i puste w przekazie, ale takie ma konkurent, takie dostaje do skrzynki i na ulicach. Zero myslenia czy to choćby skuteczne.
Na rondzie w centralnym punkcie Warszawy, róg Marszałkowskiej i Alej, przy wejściach do podziemi, codziennie stoją podawacze druków reklamowych zwanych ulotkami. Kiedyś umówiłem się tam z córką, na przekąszenie w pobliskim fastfudzie. Ania utknęła w jakimś korku, grzeczne dziecko informowało na bieżąco, przez komórkę, stan zakorkowania i przewidywany czas spóźnienia, ja kontemplowałem osobliwy widok. Misterium Ulotkowe. Ludzie przechodzili, dostawali ulotkę, ciskali od razu, albo po 2 metrach, i tak na okrągło, jak w trybikach sprawnego zegara. Tik, tak, tik, tak. Podawacze dzielili się jednak wyrażnie na dwie kategorie – ambitnych i realistów. Ambitni próbowali dorwać każdego wychodzącego z podziemnego przejścia i wlepić mu te swoje papierowe szczęście, realiści zajęli pozycje strategiczne – przy koszach na śmieci. Bo ulotki wciskane do rąk tam właśnie, w 99%, lądowały. Ambitni widać tego jeszcze nie załapali, więc mieli dodatkową robotę – zbierali, między rozdawaniem, te porzucone na chodnik i odnosili grzecznie do śmietnika. Podawaczy rozumiem, boć to ich praca i zarobek.
Choć i w tym podawaczowym temacie bywają innowatorzy. Miejsce – warszawska Praga, skrzyżowanie przy „śpiących” czyli koło dworca wileńskiego.Czas – środek dnia. Akcja – podawacz pod zegarem krąży w dziwnym cyklicznym rytmie. Pokonuje 4 m przestrzeń między dwoma koszami i rozdaje. Rusza spod kosza A trzymając ulotki swobodnie, nie wciska, nie nalega, pokonując odległość do kosza B, rozdał 3 ulotki. Staje przy koszu odlicza skrzętnie 3×2=6 i .. bach do kosza. Powrót do punktu A, rozdane 4 ulotki, 4×2=8 i bach do kosza. Wokół czyściutko, nic nie zalega. Spokojna praca.
Nurtuje mnie jednak myśl a propos – czy firmy, które wyłożyły kasę na te śmieci zwane ulotkami zastanowiły się po co to robią, dla kogo i jaki z tego pożytek dla nich (zwrot w postaci klienta). Może to owczy pęd „bo inni tak robią”, może magiczne myślenie „byle jak najwięcej” a może po prostu nikt nie zadaje sobie trudu zmonitorowania własnej akcji,policzenia i wyciągniecia wniosków, nie powtarzania błędów w przyszłości, niewyrzucania kasy za okno, na róg Marszałkowskiej i Alej.