Viva el plagio!

29 września 2007

czyli… Niech żyje plagiat!

Plagiat ma się dobrze i ma coraz więcej szans na „uprawomocnienie” dzięki… konkursom.  Szokujące? jeszcze nie, ale będzie. Projektanci logo mają coraz trudniej przy weryfikacji własnych pomysłów na znak, coraz większa, ładny eufemizm, liczba projektów, ba ogromna wręcz ich ilość, jeśli przyjąć globalny ogląd. Z jednej strony problem z dotarciem do tych nowych projektów, z drugiej strony idące w setki milionów znaki już funkcjonujące. Rzeczywiście jest z tym ogromny problem.

Jak sobie poradzić? jest kilka sposobów, najprostszy to naturalnie sprawdzenie konkurencji w branży, potem, na ile to możliwe, całej branży. Sposób dość oczywisty wydawać by się mogło. Prosty, bo pokazujący,  przede wszystkim, znaki funkcjonujące już od dłuższego czasu.  Okazuje się, jednak,  że jest sposób jeszcze prostszy –  niesprawdzania niczego, bo trudno uwierzyć, że poważny projektant weźmie i zerżnie z cudzego, na dodatek ogólnie znanego. Trudno uwierzyć? Już nie.

Oto rząd Hiszpanii zafundował sobie plagiat logo za jedyne 12 tysięcy euro  Plagiat! Zafundował go sobie na własne życzenie, przy wydatnej  pomocy jury,  które wybrało go spośród 320 projektów, zgłoszonych do konkursu na ten znak.

Za blogiem redblog i .spiekerblog oraz elmundo.es

logo hiszpanskie

„autor” logo –  Juan Repullés Nuño de la Rosa (studio Margen Multimedia) http://www.margen.com/aviso.htm

logo niemieckie

autorzy –  Jürgen Huber i Lisa Eidtel (studio MetaDesign) 1999 r. http://www.metadesign.de/html/en/2381.html

Spiker,  przy okazji, wskazuje na jeszcze jednen element splagiatowany z innego znaku – chodzi o koronę nad herbem, mającą nieomal identyczny kształt z tą z logo 500 lecia Madrytu.

Zacytuję początek prezentacji owego projektu ze strony studia Margen

LA MARCA GOBIERNO DE ESPAÑA TRANSMITE AUTORIDAD, CONFIANZA, TRANSPARENCIA, SENCILLEZ Y MODERNIDAD
(Marka rządu hiszpańskiego przekazuje sutorytet, zaufanie, przejrzystość, prostotę i nowoczesność.)

Declaraciones de Juan Repullés Nuño de la Rosa, socio director de Margen Multimedia

En primer lugar, para el equipo profesional de Margen ha supuesto una gran satisfacción profesional el éxito conseguido por la selección de nuestra propuesta para representar al Gobierno de España.
(Przede wszystkim, dla profesjonalnej ekipy z Margen największą satysfakcją zawodową był sukces jakim było wybranie naszejj propozycji do reprezentowania Rządu Hiszpańskiego.)

Inne głosy na ten temat:

Strona Espacios Europeos już w tytule krzyczy La Secretaría de Estado de Comunicación plagia el logotipo del Gobierno Alemán a dalej między innymi wypowiedź:

„Un profesional del diseño gana el concurso de ideas para el logo del Gobierno de España” convocado por la Vicepresidencia 1ª del Gobierno, María Teresa Fernández de la Vega (Profesjonalizm projektu wygrał konkurs idei na logo Rządu Hiszpańskiego)

El nuevo logo del Gobierno de España calca la imagen institucional de Alemania to tytuł z Libertad digital.es, a tutaj kilka innych tekstów na ten temat – adn.es, processblack.com, dulidu.awardspace.com, progres.wordpress.com


reklama interesu

17 września 2006

Na portalu Goldenline toczy się wartko temat „Czy można?” oparty o, niechcący dwuznaczne, pytanie autora – czy na ogólnym forum można reklamować swój interes? http://www.goldenline.pl/thread.php?tid=1437

Przewrotnie dwuznaczne wpisy na wesoło „o interesie” stworzyły kilkustronicową reklamę interesu bez interesu. Zabawa wciągnęła wiele osób, podsycana kolejnymi wpisami wzbudziła duże zainteresowanie tematem a, co najważniejsze, samym interesem – portalem http://www.tablica.pl/

Świetny przykład reklamy bez reklamy. Zupełnie darmowej reklamy. Nic nie szkodzi, że dwuznaczność wyszła przypadkowo, z niedomówienia o jaki interes chodzi. Liczy się efekt. Wciągnięcie w zabawę opartą na dwuznaczności, tym bardziej jeżeli w domyśle jest to szeroko pojęte pojęcie seksu, co lubimy, daje jak widać świetne efekty. Nie wiem czy nie lepsze niż jednoznaczne umieszczenie przykładowych. „panienek” w reklamie firmy. Ciekawe czy ktoś wykorzysta ten pomysł świadomie, jako reklamę partyzancką?


17 września 2006
reklama
Tagi:

komentarze 3

Manowce wizerunku

15 czerwca 2006

Nawet najlepiej zaprojektowane logo, jako podstawa budowania wizerunku, nie działa w próżni. Bez wsparcia w postaci prawidłowego używania go w różnych sytuacjach po kulturę obsługi klienta jest tylko bytem graficznym. samym w sobie. Zakodowany w nim przekaz pozostaje ukryty dla klienta. Porównując to do samochodu – zakup najpiękniejszego samochodu to krok pierwszy, drugim jest jego używanie dla własnej wygody a i bezsprzecznie podzielenia się radością posiadania z bliźnimi, również w celu wzbudzenia zazdrości. Taki samochód postawiony w garażu nie istnieje dla otoczenia i co najwyżej możemy go kontemplować osobiście. Znak musi funkcjonować, docierać do klientów, otwierać zakodowane przesłania o naszym profesjonalizmie, nowoczesności czy branży. Musi docierać w sposób przejrzysty ułatwiając zapamiętanie.

Sam projekt znaku dla firmy nie jest w tejże firmie, wielekroć, najbardziej priorytetowym wydatkiem, a zatem i fundusze na niego przeznaczone bywają okrojone na tyle by wystarczyło na zamówienie u grafika samego logo. Oszczędność na projektowaniu papeterii czy Podstawowej Księgi Znaku wydaje się oczywista. Czy aby na pewno? Z perspektywy krótkoterminowej i przy założeniu „jakoś sobie poradzimy sami” bezsprzecznie tak. Do momentu wprowadzania znaku na rynek takie myślenie oparte na liczeniu pozornej oszczędności ma nawet rację bytu. Przychodzi jednak moment gdy znak zaczyna funkcjonować na zewnątrz i powinien wspierać nasze dążenia do zbudowania w świadomości klientów dobrego wizerunku naszej firmy. Moment ważny bo mający przynieść nam profity w postaci zwiększenia sprzedaży, ilości pozyskanych zleceń czy uzyskania przewagi nad konkurencją.

Paweł Tkaczyk w swoim artykule „głębia marki”, http://paweltkaczyk.midea.pl/541/#more-541 , określa cechy jakie musi ona spełnić, by zaistnieć w długotrwałej relacji z klientem. Ja dodałbym, że aby osiągnąć jakąkolwiek głębię trzeba prawidłowo tę markę/logo wprowadzić w obieg. Porównanie z nurkowaniem w wodzie nasuwa się tu samo. Nikt nie zaprzeczy, że aby nurkować, w sensie rzeczywistym, trzeba nauczyć się pływać. Najpierw trzeba opanować powierzchnię a w następnych etapach stopniowo pokonywać coraz większe głębokości, adaptując się do coraz większego ciśnienia wody. Rynek konkurencyjny zaoferuje nam takie właśnie ciśnienie wraz z naszym wzrostem, a więc i powiększaniem się zagrożenia z naszej strony. Stawiając pierwsze kroki, ucząc się pływać, narażeni jesteśmy na problemy o tyle istotne, że mające wpływ na dalsze nurkowanie w biznesie, późniejszą możliwość osiągania tej głębi, o której pisze Tkaczyk lub jej nieosiągania. W końcu naukę pływania też można zakończyć po pierwszym przytopieniu i dać sobie święty spokój.

Takim pierwszym krokiem w tej nauce pływania, badaniem, oswajaniem się i opanowaniem powierzchni wody jest tworzona samodzielnie wizytówka firmowa z logo. I tu następuje niezauważalny moment krytyczny. Prawidłowość stawiania tych pierwszych kroków. Od tej prawidłowości zależy to, co będzie następowało później – spokojny, równy marsz, lub tylko niemrawe kuśtykanie.

Ta prawidłowość pierwszych kroków, w wypadku logo, to właściwe proporcje naszego znaku, właściwe światła wokół niego /pusta przestrzeń/ czyli wyeksponowanie go w jak najlepszy sposób, mogący wspomóc jego zakodowanie w świadomości oglądającego. Nie idzie tu o maksymalizację wielkości samego logo, a o wyróżnienie go w przestrzeni tejże wizytówki, by przykuwał uwagę, zachowując jednocześnie pierwszeństwo w hierarchii informacji występującej wspólnie z nim. Nie narzucał się, ale i nie gubił w tle. By nadmiar tejże informacji nie przytłaczał go i nie marginalizował. Wszelkie „efekty specjalne” jak kolor tła, tłoczenia, dodatkowe elementy graficzne spełniające rolę ozdobników, ozdobność kroju pisma, czy wreszcie wielość użytych krojów mają to do siebie, że stanowią większą lub mniejszą konkurencję dla znaku W skrajnym przypadku nagromadzenia takich „konkurentów do pierwszeństwa” w naszym postrzeganiu powoduje, że logo jest na wizytówce, ale… go nie ma. Informacja jest, ale to co istotne trzeba wyłuskiwać z zacięciem archeologa, odkopując kolejne warstwy. Warto więc pamiętać, zabierając się za samodzielne opracowanie takiej wizytówki czy papieru, o stosowaniu prostej zasady „im mniej, tym lepiej”.

Wspomniana wyżej zasada dotyczy tak wizualnej strony projektu, jak i ilości serwowanych informacji. Jest takie powiedzenie „papier wszystko zniesie”. Papier tak, klient nie. Prosta wzrokowo wizytówka, na gładkim tle, z jasną hierarchią ustawienia wszystkich elementów według ich ważności, z ograniczonymi do niezbędnego minimum danymi teleadresowymi, daje jasny i klarowny przekaz informacyjny zarazem podkreślając nasze logo i ułatwiając jego zapamiętanie wraz z danymi adresowymi. Ta sama wizytówka wydrukowana na wielokolorowym tle, niedopasowanym do kolorystyki znaku, zabawą krojami pisma, mnogością przekazu informacyjnego /adres, wszystkie możliwe telefony, faksy, regony, nip, a nawet kont bankowe/ staje się nieczytelnym, niespójnym zbiorem różnych przekazów bez żadnej hierarchii ważności, trudnym do wzrokowego ogarnięcia, szybkie dotarcie do podstawowej informacji sprawia problem. Taka wizytówka wywołuje nieprzyjemne wrażenie bałaganu i nieprofesjonalizmu, a o prawidłowym odbiorze znaku, i pośrednio jego zapamiętaniu, mowy nie ma. Zaczyna być naszą antyreklamą.

Teoretyczny p. Kowalski mniej więcej wie jak ubrać się na spotkanie biznesowe, jak dobrać garnitur, koszule, krawat itp.by stanowiły przyjemną dla oka całość. Tenże p. Kowalski nigdy nie wpadłby na pomysł zawiązania, na taką okazję, krawatu powiedzmy „z zajączkami”. Jednocześnie nie przeszkadza mu jego firmowa wizytówka na której tych „zajączków” całe stado. Wie że wygląd i pierwsze wrażenie są istotne odnosi to jednak wyłącznie do własnej osoby. Zgoda, to jest ważne. Ważne też by to dobre wrażenie utrwalić dobrą wizytówką, pośrednio dobrym podaniem znaku firmy a w efekcie dobrym zapamiętaniem i skojarzeniem przez klienta czy kontrahenta.

Przesadzam? Nie sądzę. Czy oznacza to konieczność korzystania zawsze z usług grafika profesjonalisty? Niekoniecznie. Wystarczy nie traktować opisanej wizytówki, papieru czy innego akcydensu firmowego, jako pola doświadczeń artystycznych a jako dobry przekaźnik informacji. Istotnych i czytelnych informacji. Wystarczy zachować umiar mając na uwadze nadrzędność tejże informacji.

Niedawno wydawnictwo One Press wydało interesującą książkę „Profesjonalne tworzenie materiałów reklamowych” Johna McWade’a. Świetnie wydana i bogato ilustrowana przykładami na pewno będzie stanowić nieocenioną pomoc. Rzecz naprawdę warta polecenia, tym bardziej że obfitości w tym temacie raczej nie ma, poprzednia „perełka” – Grafika w biznesie, należy raczej do kategorii „dezinformacja i pomieszanie” i lepiej omijać ją wielkim łukiem. Tę najnowszą pozycję polecam szczególnie prowadzącym jednoosobowo działalność biznesową a jednocześnie zainteresowanym projektowaniem we własnym zakresie elementów wizerunku firmy. Przyda się też zdecydowanym na współpracę z grafikiem – ułatwi porozumienie. Koniecznie przeczytajcie wstęp. Pozycję można nabyć w księgarni firmowej http://onepress.pl/ksiazki/matrek.htm


    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy

  • Tagi