Futbol i kasa

11 czerwca 2006

Pomysły zarobienia na i przy okazji „festiwalu kopania piłki” sięgnęły poziomu boiska. Dosłownie. Konkretnie murawy boiska piłkarskiego. Jak pokazała tv można już sobie kupić kawałek takowej murawy w eleganckiej puszce po sardynkach.

W sumie pomysł niegłupi, wzorowany zresztą na puszkach ze świeżym górskim powietrzem. Jeżeli są to kawałki konkretnych boisk i można wybrać to, na którym akurat wygrała mecz nasza drużyna /akurat nie Nasza/ zbyt zapewniony. Miły souvenir. Dla kibiców-mieszczuchów szczególnie odpowiedni, dzieciom można pokazać, jak wyglądała trawa zanim ją zabetonowano na parkingi osiedlowe.

Na blogu Briefu, http://www.blog.brief.pl/, można obejrzeć 5 reklam /4 wideo/ wykorzystujące tę samą okazję.


Heraldyczne fikołki

9 czerwca 2006

Rozmawiając ostatnio z klientem zeszliśmy w uliczkę heraldyka. Opowiedział jak to ciekawie przebiegały prace nad takowym herbem. Stworzono komisję do oceny, same tuzy z miejscowego szczebla władzy. Zaproszono grafika do opracowania. Nikt co prawda nie miał wiedzy heraldycznej, ale nie szkodzi. Grafik opracował projekt na tyle zgodny z zasadami tejże heraldyki na ile wiedział i potrafił. Wysoka komisja zebrała się i zaczęto deliberacje – kolor nie ten, może spróbujemy taki… albo taki…, ja bym dodał … a ja …. . Snopek, trybik, słonko, woda, może pałka, pałki szkoda. Parę godzin zaciętego dyskursu przyniosło sowitą listę życzeń, uwag i zaleceń. Grafik zdębiał. Zdawał sobie sprawę ze swoich braków wiedzy i możliwości popełnienia błędu, aliści to, czego oczekiwano byłoby karykaturą. Realizacja takiego projektu oznaczałaby podpisanie się pod nim i wyjście na idiotę. Zrezygnował. I dobrze, przynajmniej jeden mądry.

Przypomniało mi to, onegdaj czytaną, informację o herbie Mazowsza, zrobiłem niestety wydzierkę z jakiejś gazety, więc cytował nie będę. Otóż ni mniej, ni więcej, Mazowieckie „pożyczyło” sobie godło wielkopolskich Oborników i ma problem. Oceniali fachowcy, doradzali fachowcy, zapewniali fachowcy w 2002, a teraz fachowcy mówią – Błąd. To komisja heraldyczna przy MSWiA nie porównuje projektu do istniejących już herbów przed akceptem? Nie ma znaczenia, że heraldycy są skłócenia. Albo coś już istnieje albo nie.


Wrzeszczące szyldy reklamowe

8 czerwca 2006

Obserwuję ciekawe zjawisko dbania o „wizerunek firmy”, a właściwie „widzialność firmy” poprzez szyld reklamowy. Każdy kolejny szyld na biurowcu, reklamujący nową firmę, musi być 1. większy niż pozostałe, 2. bardziej krzykliwy w kolorze. Syndrom ten występuje na ogół na biurowcach, w których administracja zajmuje się liczeniem kasy za m2, dbałość o estetykę mając w głębokim poważaniu. Przekaz, jaki niesie taka koszmarna szyldziastość, to jeden wielki wrzask, więc kto by tego słuchał. I tu pojawia się smaczek do tej krzykliwości, bezładnej, nieczytelnej i wielokrotść kompletnie bezsensownej. Otóż przy wejściu do budynku niejednokrotnie brak jakiejkolwiek informacji, choćby małej tabliczki, bywa że i w holu nie ma nic, poza portierem.

Osobnym tematem jest wykonanie tychże „szyldów reklamowych”, praktycznie można się tu zapoznać ze wszelkimi dostępnymi aktualnie na rynku materiałami i technikami. Nieudolność za to kompozycji jest porażająca w równie wielkim stopniu, jak ich krzykliwość. Inwencja jaką przejawia firma, w umieszczeniu takiego potworka na frontonie budynku wprawia czasem w zdumienie – wąska uliczka z wąskimi chodnikami, 4 piętrowa kamienica/biurowiec – człowiek idący chodnikiem nie zadziera głowy, bo i po co, patrzy pod nogi by ich nie połamać na chodniku przypominającym ser szwajcarski. Szyld wisi na wysokości 2-3 piętra, jaka szansa na zobaczenie go przez potencjalnego klienta? Prawie zerowa. No to po co toto wisi? szpecąc i tak nie najpiękniejszą w końcu fasadę.

Trzeba trafu parę ulic dalej miłe zaskoczenie – chodnik równiutki, wysprzątany, odnowiony fronton, przy bramie biurowca w starej, jak tamta kamienicy, przejrzysty, ujednolicony, w formie wizytówek firmowych, panel informacyjny. Na wysokości mojego wzroku. Nikt nie krzyczy, nie ściga się wielkościami i kakofonią koloru. Pełny, czytelny przekaz informacyjny.

Każdy taki fronton biurowca to miejsce budowania wizerunku firmy, tak w nim rezydującej, jak i zarządzającej. O ile te pierwsze robią co mogą, i na co je stać, aby się pokazać, o tyle zarządcy wielokroć zapominają co o ich firmie taki fronton świadczy. A co tam się przejmować, zawsze się znajdzie ktoś , kto chce wynająć. Fakt, jedni szukają lokalu „bo dobra ulica” i to wystarczy, ale też coraz więcej firm, szukających dobrej lokalizacji, oprócz samej lokalizacji zwraca pilną uwagę na „otoczenie” i dbałość o nie. Nie zdecydują się zapewne na szpetotę, niechlujstwo, bałagan czy dziury w chodniku przed przyszłą siedzibą.

Reklamowy wrzask to nie jest domena wielkiego miasta wbrew pozorom. Przykładem małe podwarszawskie firmy usługowe, siedzące na własnym i np. sprzedające dachówki, zatrzęsienie tego. Standardzik – maleńkie działki, z małym biurem i większą od niego, typową prezentacją rodzajów dachówki, w formie gotowego dachu. Już samo to plus, powiedzmy, reklama firmy X starczyłoby. Aliści ich właściciele, w bardzo dużej części, mają święte przekonanie iż należy stosować zasadę „im więcej tym lepiej”. Płot upstrzony banerami od a do z, i z powrotem. Tablice stojące,wiszące, powiewające, a i obrotowe bywają. Nawet duży bilboard się czasem zmieści, w poprzek, na krzyż albo na wspak, jak kto chce. Nie może się zmarnować żadna powierzchnia to i wykorzystany każdy centymetr malusich ścian zewnętrznych klitki-biura. Brakuje tylko „nad” – dla tych co latają. Zareklamowanie całkowite. Wszyscy dostawcy wymienieni, wszystkie rodzaje omówione, nazwy, marki, hasła i podziękowania dla dziadka. Wielość którą można obdzielić spore miasteczko zgromadzona w jednym miejscu. Wrzask aż uszy bolą, oczy bolą od oczopląsu z migotaniem. Czy to konieczne? Bardziej przyciąga i zachęca do skorzystania z zakupu? Nie, tylko właściciel o tym nie wie. Nie podejrzewam aby producenci płacili im wszystkim za te swoje reklamy, może jednak płacą, ale za mało i dopiero masa robi dochód wart tyle, by się nad tym nie zastanawiać? Tylko jaki interes miałyby firmy w płaceniu za reklamę w takim wrzaskowisku? płacenie za niezauważenie w tłumie? A może to moda, rywalizacja – kto ma więcej reklamy na m2?

W obu wypadkach jedynym realnym zyskiem, jest zysk wykonawcy szyldu reklamowego. Klient, ten potencjalny i realny też, nie lubi jak na niego wrzeszczą.


Znaki rosną.

8 czerwca 2006

Linie nadwozi samochodowych upodabniają się coraz bardziej. Markę starych samochodów poznaję „na kilometr”, nowe coraz mi trudniej po sylwetce rozpoznać. Stylistyka zmierza widać w generaliach do jedności, by różnice akcentować drobiazgami – stylistyką i wyposażeniem wnętrza. Pogłębianie się tego trendu, ujednolicania linii nadwozia, wpływa jednak, paradoksalnie, na wielkość emblematu, znaku producenta Rosną nieomal w oczach, z modelu na model. Dla ułatwienia rozpoznawalności ma się rozumieć. Znaki firmowe na samochodach rosną, ale co ciekawe tylko z przodu. Już w niedalekiej przyszłości, po pełnym ujednoliceniu sylwetek, znak zajmie pewnikiem cały przód. Taki wielki, dobrze widoczny, jeżdzący znak to jest to. Idealna reklama. A co z tyłu i boku?


    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy

  • Tagi