est > Estonia

29 stycznia 2017

Estonia podjęła ambitną próbę budowania marki narodowej, o czym poinformowała na swojej stronie  fejsbukowej  Fundacja Best Place – Europejski Instytut Marketingu Miejsc, przy okazji podsumowując naszą słynną sprężynkę. 

„Można? Można! Wydaje się czasem, że my w tej Polandii chcemy wszystko co dotyczy marki narodowej zbyt mocno komplikować… alegoria na temat sprężynki, która ma symbolizować „creative tension” itd… A można przecież to zrobić prościej (jeśli nie powiedzieć infantylnie), ale ważne żeby było spójnie, ciekawie, adekwatnie i przede wszystkim konsekwentnie i partycypacyjnie. Brawo Estonia !”

I trudno się z tym nie zgodzić, bo estońska próba budowania marki narodowej (Estonia Nation Branding) jest o tyle interesująca, że opiera się nie na znaku graficznym, jak Szwajcaria czy Szwecja, a trzech literach, będących początkiem nazwy kraju Estonia > EST.  Te trzy litery są wykorzystywane w sposób nieco podobny do niegdyś proponowanego przeze mnie „system PL”. O ile jednak ja wbudowywałem w pozytywne słowa z obcych języków znak, to Estonia wykorzystuje do budowania pozytywnego obrazu końcówkę „est”, poprzez dodanie jej w słowach angielskich. Wykorzystując na przykład takie słowa jak fast, happy, smart, proud, high, po dodaniu końcówki „est”otrzymujemy – fastest, happiest, smartest, proudest, highest, czyli stopień najwyższy.
Proste i genialne rozwiązanie.

marka narodowa Estoniimarka narodowa Estonii

System został również przemyślany pod kątem budowania marki narodowej poprzez domenę z końcówką .est, jako domenę TLD (Top Level Domain). Oczywiście najlepiej jeśli nowa domena wykorzystuje schemat pokazany wyżej.

Bardzo szerokie i szczegółowe wyjaśnienie całej koncepcji estońskiej marki narodowej znajdziecie na stronie .justestonishing.atavist.com.

Aż żal, że z naszą nazwą nie bardzo mamy jak taki system zapożyczyć. Jedyne, co nam się z POL „udało”, to spory zestaw nazw własnych firm, z taką końcówką. Tyle, że przełożenia na markę narodową ni śladu.


marka i Lewiatan

25 czerwca 2015

Czytam dwa artykuły, oba dotyczą marki narodowej (jej elemencie) i w obu występuje też Konfederacja Lewiatan, zrzeszająca 4 tysięcy prywatnych firm. I co ciekawe konstatuję? jak Lewiatan wycina sporą woltę jeśli idzie o tę markę narodową. A  dokładniej jego przeskok od negacji do wsparcia. I zaczynam mieć wątpliwości czy panowie z Lewiatana wiedzą co to jest marka narodowa.

Może zacznijmy od historii. W artykule „Kto się wstydzi polskich produktów?”  Kamil Nadolski pisze:

„kiedy w 2013 r. Komisja Europejska zaproponowała wprowadzenie obowiązku oznaczenia produktów miejscem pochodzenia, tzw. Consumer Product Safety Regulation (CPSR), nad Wisłą podniosła się wrzawa. W imieniu przedsiębiorców występowała zrzeszająca 3,9 tys. prywatnych firm Konfederacja Lewiatan.”

Czyli żadnych „made in Poland”, bo my som UE  więc „made in UE”, a najlepiej byłoby „in World” czyli nigdzie. Dla jasności w temacie,  mówimy o marce Polska, bo „made in” to także element marki Polska. Element nie żadne tam inności. Więcej, to budując tym elementem wejście na rynki zagraniczne pozwalamy zaistnieć marce Polska szerzej.

Ale nie minęło wiele czasu i ta sama Konfederacja wsparła słynną sprężynkę Olinsa, a obecnie w ramach kontynuacji kierunku:

„Konfederacja Lewiatan, Krajowa Izba Gospodarcza, Pracodawcy RP i Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR powołały fundację „Marka dla Polski”. Jej celem ma być stworzenie silnej marki narodowej oraz poprawienie wizerunku Polski za granicą.”

Przy tej okazji czytam takie oto odkrywcze myśli:

„Dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan Lech Pilawski wskazał, że brak polskiej marki skutkuje tym, że „przedsiębiorcy nie mogą budować swoich marek”.”

Ciekawe stwierdzenie w sytuacji gdy inni przedsiębiorcy, spoza Lewiatana, bez problemu budują swoje marki. Ale jak rozumiem pan dyrektor nie rozróżnia co do czego służy, bo marka Polska może wspierać, ale nie wyręczać w budowaniu marek własnych. Więcej, o sile marki Polska zadecyduje łączna siła marek własnych przedsiębiorców, a nie na odwrót.

No i kolejne przemyślenie a la Lewiatan:

„”Musimy zbudować narrację dla Polski, musimy wiedzieć czy jesteśmy skierowani w przeszłość czy w przyszłość, czy jesteśmy krajem zgliszczy czy krajem sukcesu. Jeżeli wspólnie nie ustalimy tego to będziemy mieli bardzo rozproszone działania” – podkreślił Pilawski.”

Serio? sama narracja uczyni cud?  To może zacznijmy sobie wmawiać,że jesteśmy super, hiper i best. My sami pewnie uwierzymy, gorzej z tymi na zachodzie, bo tam trzeba coś pokazać i to coś wysokiej, a najlepiej najwyższej jakości. Gadania nie kupią. Markę można stworzyć, logosa można stworzyć, ale to samo za nas sprawy nie załatwi. Zaś co do wizerunku, jego poprawy, trzeba niestety dużo więcej niż stworzenie marki. Dużo więcej pracy, nie chęci. Złudzenie, że powstanie jakaś mityczna, nowa marka Polska, z cudownym logaskiem i sprawi cud, zaoszczędzi pracy u podstaw przedsiębiorcom jest fata morganą, ułudą i czekaniem na cud. Ale w tych sprawach cudu nie ma.

Zatem Panowie z Lewiatana to w końcu jak to jest  – jesteście przeciw a nawet za?


nowe Bochum

23 stycznia 2015

Bochum (Niemcy) podeszło kompleksowo do własnego wizerunku, projekt przygotowało konsorcjum 9 agencji pod nazwą „Gruppe Bochum“ – COMKOM° Digital Media, Gregor & Strozik Visual Identity, Oktober Kommunikationsdesign, Radar, Katja Leistenschneider i Designstudio Steinert, Bettina Brakelmann Textprojekte, Martin Steffen Fotografie und Büro_Komplex.

„Grupa składa się nie tylko z agencji z  Bochum, ale wszyscy żyjemy jako obywatele tutaj. Więc to była prawdziwa praca z miłości do każdego z nas, aby wspólnie rozwijać markę dla Bochum, w którym chcemy żyć. „ Powiedział Carsten Kochel, COMKOM

Podstawą nowego znaku  miasta herb Bochum, ale także hymn miejski będzie miał zastosowanie w kampanii promocyjnej.

herb miasta Bochum

nowe logo miasta Bochumnowe logo miasta Bochum

Powstała także strona „Gruppe Bochum“, gdzie można zobaczyć sporo zaprojektowanych dla marki miasta materiałów.

Jak widać, po powyższym przykładzie, współpraca wielu podmiotów nad wizerunkiem miasta pozwala ogarnąć szersze spectrum i daje dobry efekt końcowy. Ale spora w tym także zasługa koordynatora, czyli miasta.

Więcej designtagebuch.de, gruppe-bochum.de


I LOVE coś tam

3 kwietnia 2014

Serduszkowe klony ikonicznej marki „I love NY” Miltona Glasera wyłażą z każdego kąta.  Temat wywołała, swoim wpisem na Facebooku, Katarzyna Żmuda, przy okazji wrzuconej tam mojej informacji o  nowej marce Kolonii. Porozmawiamy zatem z Katarzyną o tym serduszkowaniu miast i wsi.

Katarzyna Żmuda, właścicielka firmy Fortismedia
Ciekawi mnie marka „I Love Köln”

Ich Liebe Köln

– w jakich okolicznościach była wykorzystywana i konotacjach wobec pozostałej identyfikacji? Jakbyś coś ciekawego na ten temat znalazł, wrzuć taką ciekawostkę, ciekawi mnie podejście miasta do takiej pobocznej marki.

alw
aż tak się nie wgłębiałem w temat, ale podejrzewam, że tak jak u nas serduszkują gadżety. Znalazłem na stronie machinesaredigging.com taką fotkę z 2011, przypuszczalnie z jakiejś kampanii miejskiej.

Katarzyna Żmuda
Myślę, że to ciekawy temat, pomocne marki – miasto ma herb, jest logo miasta + marka wspierająca promocję, choć najbardziej ciekawe jest „serduszkowanie” i ciekawa jestem, ile miast wykorzystuje taki motyw.

alw
Najłatwiej odpowiedzieć ile wykorzystuje – za dużo, sporo za dużo,  a nie jest to jedyny wykorzystujący ten ikoniczny już znak Miltona Glasera do własnych celów podmiot. Hm… nazwałaś to „pomocną marką”, ale to żadna pomoc a bardziej przeszkadzanie, niestety wykorzystuje to zbyt wiele miast, taka moda „bo inni też tak mają”, nieco bezmyślna. Nie bardzo zatem jestem za takim ustawieniem znaków, o jakim piszesz,  herb + logo + marka wspierająca. Jeśli potrzebna jest marka wspierająca (ale co wspierająca? logo promocyjne?) to znaczy, że gdzieś jest błąd w myśleniu o tym czym jest logo miasta.

Szybki podgląd w Google i taki oto obraz się wyłania,

I love coś tam a to jedynie maleńki czubek góry lodowej. Plagiat na plagiacie. Co myśli o tym autor pierwowzoru?

i love new york, autor Milton-Glaser

„Zrobiłem to cholerstwo w ​​1975 roku i myślałem, że to potrwa kilka miesięcy w promocji i zniknie.”
Milton Glaser

Katarzyna Żmuda
Nazwałam to pomocną marką, bo jest wykorzystywana wyłącznie w celach „promocyjnych” miasta. Ludzie chętniej kupią koszulkę z grafiką „Ich liebe Köln” aniżeli z herbem czy logo miasta. Marka miasta, która spełnia się w okolicznościach samorządowych ma zupełnie inny zasięg i zastosowanie, w moim mniemaniu, a jedno nie przeszkadza drugiemu

alw
Katarzyno to serduszkowa proteza pod publikę, hasło „bo ludzie to chętniej kupią”, w domyśle  jak kupili gdzie indziej, zwalnia od myślenia. Jeśli trzeba sięgać po protezę to znaczy, że styl miasta czy miejskie CI nie istnieje, jest samo logo i nie umiemy sobie poradzić, no to sztukujemy kolejnymi „wspornikami”. A skoro już mamy tworzyć jakiś wspornik bazujący na emocjach i zgodny z kierunkiem wytyczonym przez logo to chyba znacznie ciekawsze jest takie zmodyfikowanie jak poniżej, to czyjś prywatny pomysł znaku na t-shirty.

I'm Cologne - znaczek na t-shirt

Katarzyna Żmuda
A ja bym nie traktowała jako „wspornik” dla marki, takiego „dodatku”, a jako zupełnie odrębny i niezależny twór budujący relację miasto-mieszkańcy / miasto-turyści. Powstanie takiej marki nie musi przecież świadczyć o ułomności CI miasta.

alw
Nie musi świadczyć, ale świadczy. Pokazany wyżej t-shirtowy znaczek trzyma się linię, wynika niejako ze znaku  (starego) Kolonii, jest zatem rozwinięcie w prawidłowym kierunku, a nie szukaniem nowego z wykorzystaniem zgranego do bólu pomysłu. Zależny czy niezależny twór, obojętnie co budujący, musi spójnie z innymi budować wizerunek miasta, jako jednorodnej całości.

Katarzyna Żmuda
Zgoda, dodam jeszcze, nawiązując do Kolonii, pomimo ułomnej identyfikacji a’la ministerstwo zdrowia, poniższych działań nie uważam za nietakt: http://www.der-koelnshop.de/page,i-love-koeln.htm – jakkolwiek byśmy nie nazwali tych działań, czy trendów „modowych” CI miast, moim zdaniem spełniają one dosyć przyzwoitą rolę i mają swoje grono odbiorców, bez względu na to, czy za markę uznamy „Kocham Kolonię”, czy „Jestem z Kolonii”, czy „Kolonia to moje miasto” – są to narzędzia „cementujące” tożsamość obywatelską w mieście bądź stanowią niejaką pamiątkę turystyczną, która pełni rolę „wspomnieniową”

gadżety

alw
Misiów nigdy dość, więc pewnie będą souvenirowo schodzić obojętnie jakie miasto wpasuje tam swój znak. Jest takie stare powiedzonko „każda potwora znajdzie amatora”, nie odnoszę się do działań różnych osób i grup społecznych promujących za free albo czerpiących z tego zyski, im wolno więcej, ale miasto nie może na takiej zasadzie budować swojego wizerunku. Napisałaś o tym serduszkowym znaku tak  „są to narzędzia „cementujące” tożsamość obywatelską w mieście bądź stanowią niejaką pamiątkę turystyczną, która pełni rolę „wspomnieniową”„. O ile z drugą częścią zdania nie będę dyskutował, bo ciupagi z napisem Międzyzdroje schodzą nad Bałtykiem rewelacyjnie, a jeszcze lepiej matrioszki, o tyle z pierwszą częścią zdania popolemizuję. Powiedz mi proszę kto, kiedy i gdzie badał wpływ takich znaczków na to „cementowanie tożsamości obywatelskiej„? Nie jest czasem tak, że jest to teza bez pokrycia w faktach?

Katarzyna Żmuda
Możemy rozszerzyć temat serduszkowania na social media, gdyż w lutym dla Rzeszowa zrobiłam tego typu akcję. Początkiem lutego tuż przed przygotowanym konkursem walentynkowym pt. „I <3 Rzeszów stolica innowacji” przygotowałam mema ze wspomnianym motywem. Grafiki zostały przygotowane różnorodnie, z uwzględnieniem ciekawych miejsc w mieście, aby każdy znalazł coś dla siebie. Album cieszył się dużą popularnością, gdyż stanowił ciekawą formę przedstawienia miasta z nawiązaniem do motywu „I love…”:

Rzeszowskie serduszka, proj. Fortismedia

Chwilę później pojawił się konkurs walentynkowy:
walentynki Rzeszów
Obecnie planowane jest przygotowanie kolejnego konkursu kontynuującego ten motyw, w ramach którego użytkownicy będą mogli wygrać koszulkę z wybranym nadrukiem.
Prowadząc fanpage miejski i współpracując z Wydziałem Promocji i Kultury UM Rzeszowa, nie traktowałam motywu z serduszkiem jako odrębnej marki – jest to narzędzie wizualne służące wyłącznie do zaangażowania mieszkańców i użytkowników Facebooka do pokazania, że kochają swoje miasto, do publicznego wypowiedzenia, w których miejscach w mieście lubimy spędzać czas i kochamy je jak własne. Południowa mentalność często przybiera tendencję do „narzekania” 😉 zupełnie nie wiadomo dlaczego duży odsetek społeczności z góry narzeka na nową inwestycję, na rozwój miasta… zaangażowanie tych, którzy bezwzględnie kochają swoje miasto jest odpowiedzią na tę drugą grupę odbiorców – ukazujemy w ten sposób pozytywy tym, którzy ich nie widzą. Tego typu działań angażujących społeczność nie uważam jako wspornik dla marki, a budowanie relacji mieszkańców z miastem, budowanie przekonań w społeczności, które nadadzą pozytywny pierwiastek w mentalności i otwarciu na to, co dzieje się w mieście, tym samym uszanowanie miejsca, w którym mieszkamy. Zaangażowanie w powyższym motywie daje też pewne świadectwo dla mieszkańców innych miast, wszak miejsca, które kochamy i polecamy, są chętniej odwiedzane.
Obecnie dużą popularnością cieszy się wideoklip pt. „Happy” kręcony do muzyki Pharella Williamsa – wiele miast na świecie poszło tym samym tropem, jest to akcja społeczna, kreatywna i ciekawa, pokazująca, że w naszym mieście jesteśmy „happy” – tak jak „I love…” tak i „happy” możemy uznać za „marki” sygnujące miasto, zupełnie niezależnie powstałe z pierwowzorów. I w tego typu działaniach nie widzę nic złego ani kolidującego z marką i logiem miasta. Pomagają one nam jedynie do wyrażenia swoich emocji i trafiają do pewnej grupy odbiorców.
alw
No i zrobiło się walentynkowo. OK, jeśli traktujemy to na zasadzie zabawy, nie marki, powiedzmy, że jest to do przyjęcia. Choć nadal uważam, że w temacie serduszka można wymyślić coś własnego i nie odwołującego się tak dokładnie do wzorca Glasera. Sam dla Elbląga sprokurowałem połączony motyw serca i znaku miasta w taki oto znaczek, jak niżej, właśnie do takich akcji społecznościowych, ale nie byli nim zainteresowani .
serduszka dla Elbląga, proj. Andrzej-Ludwik Włoszczyński
Do Szanownych Czytelników
podsyłajcie proszę znaczki z serduszkiem,  jakie są używane w Waszej miejscowości, stworzymy mapę „I love Polska” (trochę zgrzyta mi w zębach ta zbitka angielsko-polska) .

Flughafen München

29 listopada 2013

Przy okazji prezentacji nowego logo portu lotniczego w Monachium (Flughafen München) zastanawiam się czy ten minimalizm znaku, to nie jest o jeden krok za daleko.

nowe logo lotniska w Monachium

Autor: Interbrand

Nowy znak ma stać się marką dachową, korporacyjną, dla  wszystkich usług Flughafen München GmbH oraz spółek wchodzących w skład Grupy .

nowe logo lotniska w Monachium, przykłady


szablon z 1930 r.

7 lipca 2013

Zbyszek Czapnik pracuje nad wersją elektroniczną szablonu literniczego dla tablic urzędowych z roku 1930, zawartego jako wzór w ówczesnym rozporządzeniu, za co należą mu się ode mnie wielkie dzięki.

Postanowiłem te pierwsze przymiarki fontu wypróbować w moim „znaku marki Polska”, taka inspiracja szwajcarskim znakiem marki, pisałem o nim na Orlim Domu, w materiale „Polska à la Suisse”.

znak marki Polska z krojem z szablonu z roku 1930

© Andrzej-Ludwik Włoszczyński, 2013. All Rights Reserved.

Muszę przyznać, że ten krój nie tylko jest ładny, ale czytelność ma bardzo dobrą, także przy zmniejszeniu.


nieistotny znak

25 października 2012

Pewien mądrala, parający się z nudów trollowaniem, zaserwował mi tekst taki – znak nie ma dla firm żadnego znaczenia, ale to do mnie, jako doktrynera* (jak twierdzi), jeszcze nie dotarło. Hmm… no to się zastanówmy czy ten znak jest dla firm zupełnie nieważny.

Przykład pierwszy Steve Jobs, mający na głowie firmę Apple i całą jej produkcję, zajmuje się tym nieistotnym znakiem na tyle by zauważyć konieczność jego odwrócenia do góry nogami na notebookach. Dlaczego sobie głowę tym nieistotnym znakiem zawraca? ano, by w filmach, gdy pojawi się jego sprzęt, a na ogół jest to jego sprzęt, znak był prawidłowo czytelny, od strony widza. Drobiazg.

Przykład drugi. Ta sama Apple gania po sądach na całym świecie wszelkie znaki podobne lub tylko „wydające się podobnymi”, do ich znaku. Pewnie z nudów.

Przykład trzeci czyli sprzedawanie znaków. Nie firm, a czasem i kupowanie firmy tylko po to tylko by przejąć jej znak. Jest takich przykładów na pęczki, ale, troll wie swoje. Że też ludzie dają się nabierać i kupują te „nie mające znaczenia” znaki. A mogliby posłuchać trolla mądrali.

Przykład czwarty – Coca-cola. Znak firmy jest wyceniony, jako marka, wyżej niż wycena ich nieruchomości. Wyceny znaków/marek można znaleźć choćby w rankingach firm. Najnowszy ranking mamy pod ręką na www.ekonomia24.pl

Przykład piąty Ford – pod zastaw znaku firmowego wziął z banków pożyczkę, bagatela 23,5 miliarda dolarów. Zresztą nie on jeden.

To było z najwyższej półki. To może zejdźmy na niższy poziom. Znak URSUS, jako znak firmowy, zakończył żywot wraz z firmą, ale wraca, znak, nie firma. Bo ma wartość nie tylko finansową, ale i coś wiele co znaczy dla odbiorców, oznacza bowiem dobry, w ich oczach, sprawdzony wyrób, a sentyment i lojalność wobec marki/znaku do rzecz bezcenna.

No to ma znaczenie ten znaczek, czy nie ma?

* „doktryner (fr. doctrinaire od fr. doctrine ‘nauka’ z łc. doctrina) osoba zawzięcie opierająca się na wąskim, często nieaktualnym, przedziale wiedzy z danej dziedziny, na ściśle określonej doktrynie.” – na podstawie „Słownika Wyrazów Obcych” Wydawnictwa Europa, pod redakcją naukową prof. Ireny Kamińskiej-Szmaj, autorzy: Mirosław Jarosz i zespół.

I kto tu doktryner?


promocja kraju

12 września 2012

O znaku promocyjnym Polski wałkuje się od długiego czasu. Co i rusz pojawiają się nowe panele dyskusyjne w temacie marki Polski i jej promocji. Niestety efekt ten sam czyli zerowy. Niegdysiejsza inicjatywa Polskiej Organizacji Turystycznej, z zatrudnieniem Olinsa (więcej w numer z Olinsem i Wally Olins chciałby), guru marketingu krajów, skończyła się jak się skończyła – niemożnością dogadania się z ówczesną władzą. Przyszła nowa władza i tematu nie podjęła. Po co, są ważniejsze sprawy. Zawsze są ważniejsze.

Wstęp trochę minorowy, ale z czegóż się cieszyć. Oto Design Tagebuch przygotowało świetny zestaw znaków promocyjnych państw. Świetny odnosi się w tym wypadku do ilości znaków in gremio, zebrane zostały wszystkie obecnie stosowane znaki. Świetne, niestety, nie koniecznie odnosi się do wyglądu tychże znaków w niektórych wypadkach. Warto też przeczytać artykuł wprowadzający, język niemiecki.

znaki promocyjne krajów

Polska niestety, co stwierdzam ze smutkiem, nie wypada najlepiej. Mieścimy się raczej w ogonie wyznaczonym przez dwie skrajne oceny dobre-złe. Nie jesteśmy co prawda samotni, w tej licznej grupie maruderów, ale to naprawdę marne pocieszenie. Marna to też reprezentacja i naszego kraju i naszego dizajnu, który wbrew pozorom nie odbiega zbytnio od kreatywnej czołówki, ale tego niestety nie widać w naszym znaku.

Oglądajcie więc i oceniajcie. A przede wszystkim wyciągajcie wnioski co z takiego znaczka wynika, lub nic nie wynika, dla potencjalnego jego odbiorcy.


jabłko a prostokąt

11 września 2012

Nie tak dawno Apple wygrało z Samsungiem, proces, o kradzież wartości intelektualnej. Wojna o patenty między gigantami trwa jednak nadal, ze zmiennym szczęściem, ale ciekawe jest co innego. Otóż rzecz cała, owej wygranej bitwy, sprowadza się do patentu na prostokąt, Tak, tak. Samsung został ukarany za prostokątny kształt urządzenia. Dziwne? Dziwne, a nawet dziwaczne. Tym bardziej, że mamy wokół siebie mnóstwo prostokątnych urządzeń, znając jednak dotychczasowe zapędy prawników Apple można się spodziewać kontynuacji tak ładnie wygranego procesu. Może więc czeka nas zmiana prostokątnych kartek papieru na okrągłe….

Śmiech śmiechem, ale oby nie był to śmiech przez łzy. Bo choć nie mam nic przeciw patentom na rzeczywiście odkrywcze rzeczy, to jednak ochrona własności intelektualnej, ochrona marki idą już chyba za daleko i zupełnie nie w interesie ogółu. Gorzej, bo zaczynają robić za hamulec.

„Przepisy dotyczące własności intelektualnej oparte są na założeniu, że kopiowanie szkodzi kreatywności.”

Wszystko dobrze, tyle, że to założenie jest błędne.

„W rzeczywistości jednak imitacje są w olbrzymim stopniu motorem innowacji. Przepisy zabraniające kopiowania są czasem konieczne, ale w wielu przypadkach spowalniają rozwój. Krótko mówiąc, kopiowanie jest istotnym elementem kreatywności. Może zarówno hamować innowacyjność, jak też jej sprzyjać.”

Kopiowanie pomysłów, części, elementów, nawet całości, było elementem całej naszej drogi cywilizacyjnego rozwoju, niezależnie od kultury i czasu. Kopiowanie + modyfikowanie, ulepszanie, jest motorem napędowym od tysięcy lat. Gdyby nie kopiowanie nie było by choćby Renesansu.

„Tymczasem innowacja to często proces przyrostowy, zbiorowy i oparty na konkurencji. Możliwość tworzenia na bazie istniejących rozwiązań – modyfikowania ich i udoskonalania – stanowi klucz do nowych, lepszych projektów.”

Co ciekawe podobno sam guru przyznał:

„Jobs przyznał, że jego firma zawsze bezwstydnie kradła wspaniałe pomysły.”

Dobre. I co ciekawe rzeczywiście Jobs to palnął. My ukraść – dobrze, nam ukraść – bardzo źle, jak Kali.

Że ta ochrona wartości intelektualnej zaczyna się wypaczać, idzie w niewłaściwą stronę, świadczy kolejny przykład, oczywiście z Apple w roli głównej.

„Apple wystąpił do Urzędu Patentowego RP o unieważnienie znaku towarowego A.PL należącego do firmy Internet S.A.”

A.pl to… delikatesy internetowe, polskie i sprzedające towar w Polsce. Strona nastawiona jest na rynek wewnętrzny i nie ma nawet wersji anglojęzycznej, łatwo sprawdzić.

” Główne zarzuty to konfuzyjne podobieństwo oraz wykorzystanie renomy znaków Apple.”

Konfuzyjne podobieństwo? wykorzystanie renomy? a może zwykłe wykorzystanie pierwszej litery alfabetu, jak i rzadkiej możliwości wykorzystania domeny jednoliterowej? Jabcokogłowi twierdzą że domenę czyta się „ej.pl”, ale na tej podstawie równie dobrze można zakazać w Polsce używania słowa „apla”, liczba mnoga to „aple”. Pomijam tu, że owi jabcokogłowi widać mają problem z posługiwaniem się językiem polskim w Polsce, na podstawowym poziomie.

Mam nadzieję że Kolegium ds. Spornych Urzędu Patentowego RP nie da się wpuścić w te maliny.

Ograniczenia, stwarzane taką ochroną, mają niestety jeden cel  – rozszerzanie zasięgu władania, ograniczenie dostępu, a co za tym idzie kasa, kasa, kasa, dla posiadacza patentu. To z jednej strony rzecz zrozumiała, ponosi koszty badań, opracowań, ale z drugiej takie patenty „na zawsze” powodują, wbrew pozorom, blokowanie inowacyjności i dostępu, z racji wysokiej ceny jednego producenta, przykładem są choćby leki i ich ceny. Przykład Apple pokazuje, że firmy próbują zawłaszczyć dla siebie, machając patentami czy ochroną znaku, coraz więcej z naszej wspólnej przestrzeni, nawet jeśli owa przestrzeń nie ma nic, a nic, wspólnego z ich działalnością, ani produktami.  Bo chyba Apple w spożywkę nie wchodzi. To chory system. Tak, jak chore jest tantiemowanie twórców muzyki w nieskończoność i żądania wielokrotnej zapłaty, za coś, co raz już zapłaciliśmy. Coraz więcej rzeczy posiadamy tylko na niby, a i to w ograniczonym wszelkimi licencjami zakresie, vide „licencja zabierze wszystko”

dla ciekawych interesującej drogi wojennej firmy od jabłek polecam poczytanie moich wcześniejszych wpisów na blogu:  „wojny jabłkowe”, „apple kontra woolworths”, „pożyczone jabłko” , „apples wars” , „jabłkowa wojna” , a także o zastrzeganiu nazw „face to face” i kolorów, czy pomysłów odbierania emblematu właścicielowi samochodu „w kierunku paranoi”.

Na koniec słowo do ewentualnych obrońców, działań firmy od jabłka: myśl głową, nie jabłkiem, nawet jeśli to jabłko Adama.

Uzupełniam o ciekawy głos w kwestii zawłaszczania litery A, wypowiedź ze strony Anagram Naiming.

Źródła: gielda.onet.pl , telepolis.pl