do 3 razy sztuka?

30 października 2013

Jest takie powiedzenie „do trzech razy sztuka”, jest też i drugie „mądry Polak po szkodzie”, niestety dochodzę do wniosku, że to zbyt optymistyczne powiedzonka, sztuki nam się mnożą, jak króliki, a Polak dalej głupi.

Dostałem od Piotra Kaczmara link, do logo Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego. Rewelacja sama w sobie, choćby z racji użytego w logotypie słynnego i obśmiewanego na całym świecie kroju Comic Sans. Puściłem logo na Facebooku, w ciągu godziny obejrzało ten znak 1173 osoby, a do momentu tego pisania jest już dwa razy więcej oglądaczy. Hit. Ale MUW nie ma się z czego cieszyć, zapewniam.

Piszę o znaku Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego, a nie pokazuję. Zaraz, moment, pokażę, jednak w nieco szerszym kontekście, jaki wyłania się z umieszczenia tego logosa na stronie XVIII edycji nagrody im. E. Kwiatkowskiego wraz z innymi znakami. Nie chodzi mi też o ten słynny Comic Sans, w logo, to już obśmiano w sieci, ale o to jakie, i dlaczego,  znaki umieszczono w sekcji „Patroni honorowi” przywołanej strony. Obejrzyjmy zatem dwa zestawy znaków Patronów tej imprezy.

Zestaw 1 – rządowy, czyli pomieszanie z poplątaniem.

3 znaki ministerstwzrzut ekranu ze strony XVIII edycji nagrody im. E. Kwiatkowskiego

Widać w tym zestawieniu trzech raptem znaków ministerstw esencję naszego rządowego bałaganu, w identyfikacji wizualnej jego jednostek. Trzy znaki, a każdy z innej parafii, na dodatek każdy błędny. Jak wiadomo ministerstwa mają przywilej, zgodnie z Ustawą o godle, posługiwania się Orłem Białym, czyli samym godłem heraldycznym orła. Ale co tam Ustawa. Ministerstwo Finansów ma to w nosie i preferuje logozę. Ministerstwo Skarbu Państwa, dla odmiany, postanowiło pójść na całość i prezentuje dumnie, nie wiem z jakiej racji, pełny herb Rzeczypospolitej.  Z kolei Ministerstwo Gospodarki uparcie lansuje nam ciemnoszarego orła, w zastępstwie naszego, białego. Może u nich szare=białe? Pisałem o tym orzełku Ministerstwa Gospodarki w roku 2011, jak widać od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Zestaw 2 – lokalny, czyli jaki znak Twój.

3 znaki małopolskiezrzut ekranu ze strony XVIII edycji nagrody im. E. Kwiatkowskiego

Trzy urzędy z Małopolski, trzy znaki i trzy błędy. Błędy wynikające z użycia nie takich znaków jakie winny się tam pojawić. Powinny bezapelacyjnie z racji wymienienia imiennego włodarzy terytorialnych. Mamy tu bowiem zamiast, zgodnie z powagą urzędów, herbów Krakowa i Małopolski oraz orła dla wojewody użycie logo promocyjnych. Już się ciśnie pytanie czy nie wiedzą co, do czego stosować? Ale i przy okazji logo Krakowa ciśnie się drugie pytanie – nie wiedzą jaki mają znak promocyjny, aktualny? Ten przypadek pomieszania, gdzie stosować  herb a gdzie logo, to nie tylko problem małopolskiego, podobnie prezydenta Gdyni, na tej stronie, reprezentuje logo promocyjne, zamiast herbu.

Powyższe dwa zestawy znaków doskonale ilustrują panującą w urzędach logozę. Bo tak łatwiej, z niewiedzy, „ładniej” – przynajmniej w przekonaniu urzędników, bo trzeba się odróżniać i promować, ot co. Nikt sobie nie zadaje zbędnych pytań – jak to powinno być? Który znak jest ważniejszy (herb czy logo)? Kiedy stosować jeden a kiedy drugi? Do czego służy herb, a do czego logo? To rozgraniczenie funkcji obu znaków, herbu i znaku promocyjnego, praktycznie już nie istnieje. Zapatrzenie we własne logo promocyjne jest już tak duże, że utyka się je wszędzie, gdzie się da, nawet jeśli mija się to całkowicie z sensem, jak w wypadku modnych „witaczo/żegnaczy”. Nie liczy się bowiem sens użycia, tylko owczy pęd do prezentowania nowego znaczka, jak nowego samochodu sąsiadowi, nawet za cenę ośmieszenia.


kto, kogo i czy?

20 października 2013

To tytułowe pytanie, jak podejrzewam, będzie się pojawiało coraz częściej. Wraz z łatwością kopiowania i świętym przekonaniem że w sieci jest wszystko za free, że wystarczy zmienić kolor/odwrócić by mieć „swoje”. Jeśli dołożyć do tego stronę odwrotną niemożność rzetelnej weryfikacji własnego pomysłu, z racji ogromu zasobu, ale i rozproszenia a także różnorodności nazw plików, otrzymamy obraz nasilającego się plagiatowania rozmyślnego i całkowicie przypadkowego. A warto też pamiętać o sporym zasobie znaków które z tych czy innych powodów nie są prezentowane w sieci.

Przyjrzyjcie się temu skromnemu zestawowi znaków:

Thomas Cook logoThomas Cook logo, autor: Happy F&B (Göteborg/Stockholm).

Agencja Madewithlove logoAgencja Madewithlove (Belgium/Leuven).

autor Charlie Isslander

Charlie Isslander (Czech Republic, Praque)

Upstart, autor: Armas BUpstart, autor: Armas B (Indonesia).

Semet, autor:Mohd AlmousaSemet, autor:Mohd Almousa (Saudi Arabia, Riyadh), zobacz też  „kreatywne plagiatowanie”.

Agencja on’n’on (Polska), zobacz też „kreatywne plagiatowanie”.

autor Chris Bannister

Autor: Chris Bannister (UK, London)

Zastanawiam się, czy  wśród tego zestawu jest także ten, który był pierwszy, dał początek?


dworce warszawskie?

18 października 2013

Na fali zainteresowania tematem, identyfikacji wizualnej Dworca Centralnego, pojawia się oczywiście sporo materiałów pod publiczkę. Epatowanie ceną tej identyfikacji, niewspółmierną, wedle „ekspertów od wszystkiego” , do tych dwu kresek i kółka. No cóż, jak mówi to laik, mimochodem, pal diabli. Gorzej jak bierze się za to ktoś aspirujący do miana dziennikarza, na antenie,  i zaczyna bzdurzyć androny, bo się kompletnie nie przygotował. Obejrzałem sobie wczoraj takie e e e elokwentne memłanie w temacie, firmowane przez Telewizję Republika. Żałość bierze.Kliknijcie w fotkę i sami oceńcie.

tv republika o logo Dworca Centralnego

Ale, padło też coś interesującego, obawiałem się tego pisząc wcześniejszy tekst „przystanek Centralny”, chodzi o ten zakodowany, z planów komunikacyjnych, kształt i jego przypisanie do słowa „przystanek”. Rzecz tyczy postrzegania tego elementu, ale i co znacznie ważniejsze, zapamiętania charakterystycznego znaku, o ile jest charakterystyczny. Prześmiewca z programu TV Republika zasugerował rozszerzenie tej identyfikacji, na pozostałe dworce warszawskie, z równie dobrym skutkiem. Wyglądało by to mniej więcej tak.

dworce warszawskie

I tym samym wracamy szybkim krokiem do źródeł.

fragment mapy komunikacyjnej LondynuŹródło: http://www.london-insider.co.uk/

Czy tak będzie? Nie musi, ale takie postrzeganie bardzo trudno będzie zmienić. Tak jak i wytłumaczyć, że przed projektantkami tej identyfikacji wizualnej jest pół roku ciężkiej nad nią pracy, bo przecież nie tylko za te dwie kreski i kółko dostaną nagrodę. Ale, barany wiedzą swoje, dlatego beczą.

UWAGA:
w związku z dochodzącymi mnie sygnałami, że niektórzy mają problem ze zrozumieniem, o czym napisałem, podaję krótką instrukcję obsługi:
1. przeczytaj spokojnie dwa (albo więcej) razy
2. pomyśl, zastanów się, to nie boli


przystanek Centralny

16 października 2013

Pojawił się projekt nowej identyfikacji wizualne Dworca Centralnego, w Warszawie, prosto z konkursu.

Dworzec Centralny nowe logo

Dworzec Centralny nowa identyfikacja wizualna, biuralia

Autorkami zwycięskiej pracy, wybranej spośród 250 zgłoszonych projektów, są: Aneta Lewandowska i Joanna Fidler-Wieruszewska, studentki V roku na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie.
Cytat:

„Jury wybrało projekt zgodny z najnowszymi trendami w designie miejskim – prosty, minimalistyczny, wręcz ascetyczny.”

Temat szybko pojawił się na forach zbierając ochy i achy, na ogół grafików, ale nie tylko chyba, w Gazecie  mamy nawet głosowanko, a tam jedna z odpowiedzi, do kliknięcia, brzmi „proste i genialne” i przoduje, 64%.

ankieta

Vox populi. No cóż, ja też się nie znam, to się wypowiem.

Nie będę się czepiał tej „genialności”, pomysł logo jest prosty, to fakt, choć już zgrzebność socwizualizacji do mnie nie trafia, może dlatego, że to przeżyłem, a nie tylko o tym czytałem.

Dworzec Centralny wizualizacja, gadżety

Oczywiście ani logo, ani najlepsza identyfikacja wizualna nie działa w próżni, ani też sama z siebie i sobą cudu nie dokona, ale mam kilka wątpliwości, pytań i chciałbym się nimi podzielić.

Pierwsza wątpliwość jest przedkonkursowa – czyli czym jest, lub czym ma być ten dworzec? To wbrew pozorom wcale nie jest dla mnie takie jednoznaczne, patrząc na działania i wyznaczane priorytety zarządzających. Przyznam, że tych priorytetów jakoś nie łapię:

„Justyna Sołtyk, dyrektor Departamentu Marketingu w PKP S.A. – Jestem przekonana, że zwycięski projekt pomoże nam  w komunikowaniu dworca jako miejsca wyjątkowego, gdzie zarówno pasażerowie jak i mieszkańcy miasta mają okazję uczestniczyć w ciekawych wydarzeniach kulturalnych i społecznych.

Czyli placówka kultury czy dworzec kolejowy, obcowanie ze sztuką czy kultura obsługi? Czemu stawiam albo-albo? Bo jakoś u nas zawsze jest coś w zamian czegoś, choć chcę wierzyć, że da się pogodzić te całkowicie różne funkcje bez szkody dla pasażera.

Ale, jeśli już przyjąć, iż ma to być to nie tylko miejsce wsiadania i wysiadania, ale i w pewnym stopniu miejsce ocierania się o kulturę, to jak oddaje to ten nowy znak?

Wróćmy na chwilę do przywołanego na początku cytatu:

„Jury wybrało projekt zgodny z najnowszymi trendami w designie miejskim – prosty, minimalistyczny, wręcz ascetyczny.”

Mam wrażenie , że ów trend widać i na dodatek grał chyba rolę, niestety, dominującą.

Tak sobie myślę, że jeśli logo ma spełniać funkcję mnemotechnicznego wyróżnika, a powinno, nie zaś elementu tylko do upchania na gadżetach, to ten znak może mieć duży problem, z takim właśnie prostym i jednoznacznym zapamiętaniem, miejsca. Problem dokładnie zdefiniowany w postaci idei jego powstania, jaką wyłożyły autorki.
Co mówią autorki:

Punktem wyjścia było dla nas logo, które w naszym założeniu miało jak najlepiej mówić o funkcji Dworca Centralnego. Użyłyśmy pełnej nazwy dworca, nawiązałyśmy także do powszechnego sposobu oznaczania stacji na mapach komunikacyjnych. W ten sposób uzyskałyśmy logotyp, który jednoznacznie oddaje charakter miejsca

Hmmm, oddaje? miało mówić o funkcji dworca, ok, czyli wsiadanie, wysiadanie, przesiadanie, kupowanie biletów etc. czy mówi? Mówi, bo autorki użyły piktogramu znanego na całym świecie z wszelakich map komunikacyjnych , funkcjonującego od dziesiątków lat i całkowicie czytelnego. Ale tu rodzą się  pytania. Ciekawe czy ktoś sobie je zadał.

Funkcja jest, a co z charakterem miejsca?

Czy użycie takiego powszechnie znanego i czytelnego symbolu, jakoś wyróżnia ten dworzec (od innych dworców, przystanków) czy też wręcz przeciwnie?

Przypisanie znanego powszechnie piktogramu, tylko  temu akurat dworcowi, i zakodowanie go w świadomości pasażerów, tak jednoznacznie jak swoosh do Nike, jest oczywiście teoretycznie możliwe. Znane przykłady pokazują jednak, że trzeba do tego albo bardzo dużo czasu i szerokiej obecności medialnej, albo krwawej wojny, by taka zmiana nastąpiła. Czy zatem wykonalne? Czy patrząc, za jakiś czas,  na plan metra w Londynie, na widok takiego elementu pomyślę automatycznie „Dworzec Centralny” ?

Jednym z elementów istotnych dla znaku jest jego unikatowość, wyróżnialność i odróżnialność. Bo w sumie chodzi właśnie o takie odróżnienie się od innych. Po to by się nie odróżniać nie potrzeba żadnego logo, ani logotypu. A co jeśli, patrząc na logo Dworca Centralnego, pomyślę „o przystanek środka lokomocji ( metra, tramwaju, autobusu, trolejbusu, szynobusa)”? Pewnie jednostkowo nic, ale w szerszym wymiarze, setek pasażerów?

Przystopujmy.

Może te pytania są bez sensu. Może nie o to idzie, by coś wyróżnić/odróżnić/wyakcentować, a tylko o ładne, proste logo, zgodne z trendem, aktualnym? No,  ale co w takim razie, patrząc perspektywicznie, z trendem przyszłorocznym i w kolejnych latach?

Dworzec Centralny czy przystanek? i dokąd zapowiedzą odjazd?

PS. o samym konkursie pisałem w tekście  „znakowanie dworca”.

PS 2 ciekawe opinie, nie tyle o tej identyfikacji, co oczekiwaniach ludzi, w stosunku do samego Dworca Centralnego można poczytać w komentarzach, pod linkowaną już wyżej, ankietą w Gazecie.


2 x Łódź

8 października 2013

W krótkim dość czasie podesłano mi dwa nowe łódzkie znaki – WSIiU i PWSTiTwŁim.LSz.

Jako pierwszy piąta woda po Strzemińskim, czyli znak Wyższej Szkoły Informatyki i Umiejętności.

łódzka Wyższa Szkoła Informatyki i Umiejętności

Mówiąc szczerze spodziewałem się tego dalszego wysługiwania się alfabetem Strzemińskiego, od momentu pojawienia się znaku promocyjnego Łodzi. Niektórzy bez trendu i wzorowania po prostu nie wiedzą co zrobić.

Drugi znak, na szczęście, nie poszedł tym Strzemińskopodobnym tropem. Zamówiła go sobie, na urodziny 65 lecia, łódzka filmówka.

Szkoła Filmowa w Łodzi

Cytat za Dziennikiem Łódzkim:

Najważniejszym założeniem nowego logo było to, aby „nowa identyfikacja wizualna była absolutnie ascetyczna, bez esów floresów, ornamentów i zdobników”. Jak twierdzi rektor, choć logo wyrysowane jest z kilku zaledwie linii, to „budzi pewien niepokój, żyje, wydaje się raz być wklęsłe, innym razem wypukłe, trochę kojarzy się z kamerą otworkową, ale też z pomieszczeniem, zamkniętą przestrzenią, w której jest małe okno otwarte na świat”.

Nazwę nieco przycięto – Szkoła Filmowa w Łodzi – bo:

– Mieści się pomiędzy dwoma nazwami, których nie znoszę, czyli trudną do wymówienia oficjalną Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna w Łodzi im. Leona Schillera i skrótem „filmówka”, który kojarzy mi się z prostytutko-tirówką – mówił rektor.

Tak to niestety bywa z takimi rozbudowanymi nazwami, a i ich skróty, jak ten PWSTiTwŁim.LSz, bywają potworkami nie do posłużenia się.


mail z Rzepy

7 października 2013

Jest ciąg dalszy sprawy honorarium z Rzepy, a właściwie jego części. Dostałem właśnie mail od red. Stanisławskiego, którego akurat nie winię za powstałą sytuację, ale On widać poczuł się winny. Wklejam całość tak, jak dostałem (wielkość fontu i formatowanie oryginalne).

Szanowny Panie,

Ze sporym zdumieniem przeczytałem fragmenty naszej korespondencji na Pańskim blogu. Spodziewając się, że podawanie maili do wiadomości publicznej bywa Pańską stałą praktyką, postaram się pisać de publicis jak najzwięźlej. Oszczędzę Panu zatem relacji o trybie powstawania tygodnika Plus-Minus. Przemilczę równie obraźliwą, jak nieprawdziwą sugestię, że jestem oszustem („Znaczy zamówili, ale wiedzieli, że nie było ich stać, to nie zapłacą, chociaż wykorzystali”) – ubolewając jedynie, że tak łatwo przychodzi Panu ferowanie podobnych wyroków.

Ograniczam się – pod nieobecność red. Dominika Zdorta, będącego na urlopie (stąd „martwa cisza”, na którą Pan się skarży) – do wyrażenia ubolewania z powodu qui pro quo, do którego doszło. Zapewniam Pana również – w imieniu w/w red. Dominika Zdorta i kierownictwa gazety – że wnioskowana przez Pana kwota zostanie wypłacona w możliwie najszybszym czasie: będąc redaktorem, a nie pracownikiem działu księgowości, nie potrafię podać Panu dokładnego terminu, będę jednak zabiegać o to, by stało się to jak najprędzej. Zarazem – czy to zdanie również zechce Pan opublikować? – dla własnej satysfakcji moralnej z przyjemnością przekażę darowiznę w wysokości równej kwocie, o jaką Pan zabiega, na rzecz Caritas Polska.

Bardzo żałuję, że nawiązana z mojej inicjatywy współpraca kończy się w ten sposób i w tym tonie.

Z poważaniem,

Wojciech Stanisławski

Odpowiedziałem Panu redaktorowi:

„Szanowny Panie,
Opublikuję oczywiście Pański mail, z tej choćby racji, iż akurat Pana za całą sprawę nie winię. To również z Pana zakpił p. Zdort, przytoczony zaś, przez Pana, zwrot tyczy wydźwięku, jaki pojawia się w mailach p. Zdorta.”

Qui pro quo? Aha. Przyjmuję oczywiście wyrazy ubolewania od red. Stanisławskiego. Szkoda tylko, że trzeba było sprawę nagłośnić, by otrzymać zapewnienie płatności. Chociaż, po zdeawuowaniu Pana Redaktora przez p. Zdorta nie wiem co mam myśleć i w co wierzyć. Na razie czekam, dalej, na brakującą kwotę honorarium, płatną w terminie nieokreślonym.

PS. A co do dalszej współpracy Panie Redaktorze, to ona nie miała jakichkolwiek racji bytu, już po pierwszym mailu p. Zdorta.

14.10.2013
Minął tydzień, równo, od tej deklaracji powyżej, a kasy nadal brak, pewnie Caritasowi też się już ckni…

21.10.2013
2 tygodnie, ani widu, ani słychu.

31.10.2013
Kasy nadal brak…

14.11.2013
Przyszedł mail od Pana red. Stanisławskiego, z potwierdzeniem wpłaty na Caritas. Dobrze, że chociaż oni dostali.


nos Pinokia a z gęby cholewa

5 października 2013

czyli  jak zażądałem (?!) „monstrualnego honorarium” od biednej „Rzeczpospolitej” i prawie je dostałem.

Aby jednak wyjaśnić co to za monstrualne honorarium mieli mi zapłacić, za mój projekt grafiki, z orłem,  prześledźmy historię, jak do tego doszło. Wszystkie wytłuszczenia w cytatach są moje.

22 sierpnia br. pisze do mnie Wojciech Stanisławski, redaktor prowadzący „Plus-Minus” (taki dodatek Rzepy):

„Wśród prezentowanych przez Pana na stronie ‚Galerii’ stylizacji orła trafiłem na Pańską „archaizującą” grafikę z roku 2012, która jest – z naszego punktu widzenia – wprost wymarzona na okładkę „Plusa”. Stąd pytanie-suplika: czy widziałby Pan możliwość jej wykorzystania przez nas / użyczenia / sprzedaży?”

Rozmawiamy telefonicznie, ustalamy moje honorarium, za publikację jednorazową na okładce, na 450,- zł, NETTO. Przesyłam wieczorem projekt, w dwu wersjach do wyboru.

23 sierpnia dostaję od p. red. Stanisławskiego potwierdzenie odebrania projektu i stawki honorarium:

„Serdecznie dziękuję i potwierdzam odbiór (Dropbox raz jeszcze się sprawdził) – i, tak jest, potwierdzam i ja wolę zapłacenia przez „Rz” 450 zł. netto honorarium (ponieważ złożyć się na nie muszą dwa działy – Fotoedycja oraz Opinie – najpewniej pójdzie to jako dwa przelewy. Takie dziadowanie nasze. Ale suma powinna wynosić 450 netto).”

„Rzeczpospolita” publikuje grafikę na przełomie sierpnia/września. Ja trafiłem na nią 4 września, stąd owa nieprecyzyjność „na przełomie”.

okładka w Rzepie z moją grafiką

Wysyłam więc pytanie kiedy dostanę honorarium. W odpowiedzi dostaję info, że za miesiąc, od daty publikacji. Po kolejnych dwu mailach dostaję honorarium 13 września. Fajnie, tylko suma zupełnie nie ta, no, ale uprzedzał p. red., że w dwu ratach będzie. Czekam spokojnie do końca miesiąca. 1 października zadaję p. red. Stanisławskiemu, mailem, pytanie o brakujące 71 zł. Z jego strony cisza, w zamian odpowiada mi 3 pażdziernika  p. red Zdort:

„Bardzo mi przykro, że suma, jaką Pan otrzymał, jest niższa od tego, której się Pan spodziewał, ale umawialiśmy się na 450 zł brutto – byłem świadkiem Pańskiej rozmowy z redaktorem Wojciechem Stanisławskim, i sam zabiegałem potem w kilku działach o to, aby zebrać taką sumę (dla nas monstrualną – tyle płacimy za dwie kolumny zagranicznego reportażu). Niestety w Polsce podatki są takie jakie są i fiskus obciął część wypłaconego Panu honorarium – czego jednak powinien się Pan chyba spodziewać.
Z poważaniem
Dominik Zdort, „Rzeczpospolita”, Kierownik Działów Opinie i Plus-Minus „

Ha, jeśli był, przy tej mojej rozmowie telefonicznej z red. Stanisławskim, to powinien pamiętać, że targowania specjalnego nie było, ja podałem stawkę, druga strona zaakceptowała. Za drogo? To kto Pana Zdorta zmuszał do publikowania, trzeba było nie publikować. Na moje oko nos Pinokia rośnie. Odpowiadam:

„Raczy Pan żartować, nasze negocjacje cenowe zostały potwierdzone przez p. Stanisławskiego mailowo i można to sprawdzić – 450 zł netto. Zatem nadal oczekuję zgodnie z zawartą i potwierdzoną mailem umową, na kwotę 450 zł, brakującej części honorarium.”

I jednocześnie, przy pomocy kalkulatora, liczę to honorarium na rękę (netto), od podanej przez redaktora sumy 450,- (brutto). No i nijak nie chce wyjść to, co rzeczywiście zapłacili, bo:
suma brutto = 450,-
50% uzysk twórcy = 225,-
50% do opodatkowania  =225,-
podatek 18%  =40,50
honorarium do zapłaty  =409,50
dostałem 379,-
Jakby nie liczył, też brakuje, równo 30,50 ?!

Dostaję kolejnego maila od Dominika Zdorta, „Rzeczpospolita”, Kierownika Działów Opinie i Plus-Minus „. Warto to przeczytać dwa razy:

„Niestety nic nie poradzę na tę niezręczną sytuację. To ja podejmuję w dziale ostateczną decyzję, a nie redaktor Stanisławski i jego maile nie mają żadnego formalnego znaczenia. Pamiętam doskonale swoją rozmowę z redaktorem Stanisławskim i decyzję, aby zapłacić Panu tak monstrualne honorarium za ilustrację okładkową, jakim jest dla nas 450 złotych (zazwyczaj za robione specjalnie na nasze zamówienie okładki płacimy ok. 250 zł). Nie jesteśmy w stanie płacić tak wysokich honorariów, jakich Pan oczekuje.

„Niestety nic nie poradzę na tę niezręczną sytuację.” – i to pisze odpowiedzialny redaktor poważnej gazety, po fakcie skonsumowania  umowy, a nie przed. Znaczy zamówili, ale wiedzieli, że nie było ich stać, to nie zapłacą, chociaż wykorzystali. Wychodzi, że opublikowali z  premedytacją, bo przecież mogli powiedzieć – za dużo – i nie publikować otrzymanej grafiki. Nos Pinokia przebił ścianę.

Wkurzony maksymalnie wysyłam odpowiedź:

„Szanowny Panie,
jak widzę kpi Pan ze mnie.

1. Nie raczył mnie Pan, poinformować PRZED publikacją o fakcie niemożności zapłaty wynegocjowanego honorarium ani, że rozmawiam z osobą niedecyzyjną. Mało tego ani się Pan zająknął płacąc, nie poinformował ani słowem, że kwota będzie diametralnie różna.

2. Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz od kiedy to podatek, i co to za podatek, od sumy 450 zł brutto wynosi 71 zł? [tu załączyłem wyliczenie zrobione wyżej] Fakty są jakie są, suma ustalona, praca opublikowana i ktoś tę pozostałą część, 71 zł, musi zapłacić.”

Po tym moim mailu zaległa cisza, martwa.

Takie rozgrywanie honorarium, po opublikowaniu pracy i minionym od tego faktu miesiącu, uważam za mało etyczne, powiedziałbym wręcz, że to najzwyklejsze krętactwo Pinokia. Tym bardziej to żałosne, iż przy okazji p. red. Zdort ujawnia mizerię finansową własnej gazety, pisząc o owym „monstrualnym honorarium”, jak i chwaląc się tym, jak nisko płaci innym współpracownikom. Pomijam tu najzwyklejszy brak szacunku i do cudzej pracy, i do jej autora. No i mamy co mamy – monstrualny… nos Pinokia.

Panie Zdort, „Rzeczpospolita” tę pozostałą część honorarium, 71 zł, musi zapłacić, czy to Panu pasuje czy nie, nie ma zmiłuj,  bo mi Pan takim traktowaniem ubliżył i wkurzył. Z gęby nie robi się cholewy. Czekam na resztę honorarium i słowo „przepraszam”.

PS jeżeli komuś te 71 zł wydaje się sumą małą i nie wartą zachodu, to niech poczeka, jak wyjmą mu dużo więcej z kieszeni, metodą na biednego Pinokia.


wielkie O

1 października 2013

Dziś będzie o operze i wszechobecnym wielkim O (jak opera). Żeby nie być jednostronnym w ocenie tego co pokażę będzie też i przykład dobry, może nie rewolucyjny, ale na pewno oparty na dobrym pomyśle.

Nie tak dawno, na początku września, pokazałem na Facebooku nowe logo Opery Kameralnej w Warszawie, zaczerpnięte zresztą z ich strony fanowskiej. Opera zapodała je tak:

„Z przyjemnością informujemy, że od nowego sezonu artystycznego 2013/2014 zmieniamy naszą identyfikację wizualną. Prezentujemy nowy logotyp Warszawskiej Opery Kameralnej. Autorką znaku jest Ewa Natkaniec.”

Warszawska Opera Kameralna, nowe logo

Mówiąc szczerze sądziłem, że to żart. Niestety nie. Dla porównania, z powyższym, pokazałem też znak opery węgierskiej,

Opera Węgierska logoktóry także nie przypadł mi do gustu, zupełnie.

Łatwo się znęcać i punktować nie pokazując lepszego, ale, dzisiaj,  na Underconsideration, trafiłem kolejny przykład operowy, oczywiście z O w roli głównej.

Opera Australia nowe logoOpera Australia, projekt: Interbrand Sydney

A jeszcze niedawno prezentowało się to tak.

Opera Australia stary znak

A teraz rzućcie okiem jak Interbrand Sydney rozegrał identyfikację.

warianty znaku Opera Australia

Warianty znaku Opera Australia.

bilety Opera AustraliaPowyżej bilety, poniżej programy operowe.

okładki programów operowychprogram operowy

Tak sobie myślę teraz, że to samo O można walnąć z grubej rury i można rozegrać, jednym projektantom staje Ością w gardle, drudzy  Ogarniają temat spokojnie.

Ale, tak zupełnie na marginesie, dochodzę też do wniosku, że chyba brakuje pomysłów na operę, jako taką, i to wielkie O robi za jedyny jej znacznik, ograny, niemal zunifikowany i, jak się pewnie wydaje twórcom, czytelny dla odbiorców.

Przykłady projektu Opera Australia zaczerpnięte ze strony Interbrand Sydney.