Dwa bieguny

31 maja 2008

Biegun dodatni
Nie każdy konkurs, na logo promocyjne miasta, kończy się źle. Choć trzeba przyznać, te dobrze zakończone da się policzyć na palcach jednej ręki. Tym bardziej warto pokazywać te dobre przykłady. Prezentuję więc, jeszcze gorący wynik konkursu na logo promocyjne dla Kamiennej Góry, dopiero co zakończonego.

Kamienna Góra logo

Gratuluję autorce znaku – Katarzynie Hańczuk, a także władzom miejskim – dobrego wyboru. Dobry przykład myślenia o znaku i jego funkcji  promocyjnej, po obu stronach, zaowocował pozytywnie. Jest co prawda kwestia użytego kroju pisma, a może to kwestia co ja bym użył, ale w sumie znak jest spójny, a to najważniejsze
Warto zajrzeć przy okazji na stronę prowadzonego przez autorkę studia Frog

Biegun ujemny
Dla porównania przykład negatywny – funkcjonujące już, niestety, logo Radomia. Brak myślenia, znowu niestety, widoczny jak na dłoni, tak po stronie autora, jak i po stronie władz miejskich, które w końcu o wyborze decydowały. W efekcie zaowocowało to jarmarczno-clipartowym obrazkiem, promującym chyba tylko bylejakość.

Radom logo

O gustach się nie dyskutuje, ponoć. Pytanie więc – czy w Kamiennej Górze mają lepsze gusta, czy to raczej efekt niepoważnego podejścia do sprawy własnej tożsamości wizualnej w Radomiu?


Stse’tsin ska chińszczyzna

29 maja 2008

Twórcy sławetnego logo Polska (z latawcem), agencja BNA, wierzyli że każdy człowiek na tym bożym świecie, spoza od naszych granic naturalnie i nie będący Polakiem, zna na wyrywki naszą obolałą i heroiczną historię, nawet obudzony w nocy. Ci sami twórcy, projektując nowe logo promocyjne Szczecina, poszli w swej wierze w cuda jeszcze dalej, są święcie przekonani że wszyscy nie tylko znają, ale i posługują się bez problemu Międzynarodowym Alfabetem Fonetycznym (IPA – Internatiional Phonetic Alphabet. Zaserwowali więc tym razem logo z transkrypcją zapisu nazwy Szczecin właśnie w IPA. Dla jasności – nie obok prawidłowego zapisu nazwy a zamiast niego. A czemu nie w esperanto?

Dostaliśmy rewolucyjnie wizjonerski znak-gryps, najpierw trzeba zrozumieć o co chodzi w warstwie słownej, potem sobie dopasować co to też może być i gdzie toto może być. Taka gra z odbiorcą w inteligencję i ciuciubabkę zarazem, bo jak zainteresowany znajdzie ten nieszczęsny Szczecin w takich google? ano nie znajdzie i dobrze mu tak. Żeby było zupełnie śmiesznie znak zaczął już pracować, ku chwale twórców i miasta, na bilboardach… w Polsce. No i jest super, a nawet jeszcze weselej jeszcze. Mamy oto na bilboardzie znak w tym transkrypcyjnym zapisie, obok zaś hasło „Spójrz na to inaczej. Studiuj na zachodzie”. Tyle że z racji tej formy zapisu, a i formy graficznej tej zachęty, widz może mieć kłopot ze zlokalizowaniem gdzie toto jest. Spoglądam inaczej i czeski film, a raczej chiński. Dobrze że adres strony www dodali, choć z daleka od logo, ale jest.

A w ogóle to przy okazji powstało drugie logo, mające z kolei zastępować herb miasta, bo jak mówi Wojciech Mierowski z agencji BNA

Proszę sobie wyobrazić prezydenta Szczecina opowiadającego o marinie przyszłości i posługującego się wizytówką z herbem z XVIII w. To tak, jakby ubrać we frak kogoś promującego i-phony.

Jest to niebywale odkrywcze. Że też inne europejskie miasta tego nie wiedzą. Powinny się wstydzić, uczyć i powyrzucać te starocie de mode.

To nowe logo miejskie skojarzyło się już niektórym z logo pewnej naszej partii… ale to pewnie tylko luźne skojarzenia zawistnych.

Agencja ma fart, ostatnio głośno było o niej przy okazji promocji , a jak pisze Robert Chwałowski na typografia.info:

Z czego znana jest agencja BNA (Brand Nature Access)? Przede wszystkim chyba z dwóch rzeczy, które lekko eufemistycznie można nazwać kontrowersyjnymi: z logo Polski, zaprojektowanego dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oraz z logo Warszawy, zaprojektowanego dla Urzędu m. st. Warszawy.

Nieco offtopowo – trzy miasta, 3 hasła promocyjne:
„Gdańsk – tu się żyje”
„Poznań – tu warto żyć”
„Leszno – tu chce się żyć”
a mnie chce się wyć… ze śmiechu.

—————-
Źródła:
www.koszalin24.info
www.mmszczecin.pl
www.gs24.pl
miasta.gazeta.pl
www.szczecin.pl
www.tur-info.pl


Ci od CI

26 maja 2008

Dość prężnie rozwija nam się nowa dziedzina teoretyczna, jaką jest, lub próbuje być, Corporate Identity. Faceci od teoretycznej podbudowy i budowy wizerunku firmy twierdzą, tak jak studenci Fleischera, że bez tej teoretycznej podstawy, badań itp. wogóle nie da się mówić o identyfikacji firmy, a już zupełnie o jej wizualnych wyznacznikach, czyli logo i całej sferze identyfikacji wizualnej. Że to wszystko nie to, a winni są… projektanci. Jak zwykle, kowal zawinił, cygana wieszają. Powodów zaś jest kilka, otóż panowie ci mają problem… z przekazem tych podstaw teoretycznych zleceniodawcom, bo to oni są ich potencjalnymi odbiorcami a nie graficy. Kolejny powód to takie trochę odreagowywanie ich niezauważania, pomijania i zlecania bezpośrednio projektantowi. No bo niby po co ma lecieć szef małej firmy do speca od CI i wykładać na jakieś badania oraz kilka linijek strategii na lata grubą kasę? Strategii której być może po roku nie będzie stosował, zmieniając zakres zainteresowania swojego i firmy. Mało tego ma tę częściową strategię wizualną u profesjonalnego projektanta w cenie projektów. A jakby tego jeszcze mało podane normalnym językiem. I tu jest pies pogrzebany. Pisałem kiedyś o języku dla wtajemniczonych, języku niezrozumiałym dla profana, języku trudnym więc stawiającym klienta na przegranej z góry pozycji – musisz uwierzyć na słowo, że on wie. Tyle, że klientowi łatwiej odrzucić niż przyjąć taką postawę wobec niego. Bo niby czemu ma słuchać/czytać jakichsiś teorii długaśnych a niewyobrażalnie niezrozumiałych i to za własne pieniądze.

Nikt nie mówi że to niepotrzebna podbudowa teoretyczna, nie twierdzę też że nie można tak pracować z klientem, ale pod warunkiem że to wyjątkowy klient – duży zasobny, ustabilizowany na rynku, posiadający personel orientujący się w temacie. Niestety takich firm zmieniających tożsamość nie ma zbyt wielu. Generalnie są średniaki i maluchy, tworzące gros zapotrzebowania na identyfikację wizualną. Część to firmy nowopowstające, mające budżet, a właściwie nie mające takiego budżetu na ten cel, oscylujący na granicy „jak mi coś zostanie to wydam na logo”. Czy wypada zatem oczekiwać zainteresowania w tym momencie ową podbudową teoretyczną CI. Naturalnie nie. Tak jak nie lecimy do stylisty od wizerunku przed kupieniem garnituru czy pantofli, za to chętnie korzystamy z pomocy tych co wiedzą coś w temacie, a są bliżsi, no i tańsi.

Kolejna zagwozdka to obszar działania firmy, zagwozdka ogromna dla speca/teoretyka od wizerunku, bo nastawiony jest na zbudowanie tego wizerunku na cechach unikatowych, a tu ich niet. Wiele firm, nie tylko w okresie pierwszej transformacji ustrojowej, powstało i powstaje jako „wielobranżowe”. raz sprzedajemy ziemniaki, raz budujemy statki, by za chwilę wejść w rynek IT albo inny. Co wtedy? Wtedy spec od teorii CI buduje wizerunek na podstawie cudem wynalezionej, na siłę przypisanej cechy unikalnej, znajduje niszę dla firmy i jest ok. Jest, ale po roku większe pieniądze są w nieruchomościach i szlag trafił całą robotę. Klient to wie i dlatego nie wskakuje w te za ciasne pantofle, wychodząc ze słusznego założenia, że taniej zmienić identyfikację, jak już.

Żeby było śmieszniej to, co wykładają swym uczonym językiem klientowi panowie od CI, przypomina trochę zawiłe objaśnianie symboliki znaku. Nikt nie mówi że jej nie ma, że twórca/projektant pracując nad znakiem się nią nie posiłkuje, by wydobyć odpowiednie akcenty, by zasugerować skojarzenia. Naturalnie że w fazie projektowej te elementy inspiracji i symboliki mają ogromne znaczenie. Jednak następuje wybór projektu, czyli etap weryfikacji także tych ukrytych jego cech. I tu powstaje pytanie czy wyjaśnienie tych wszystkich niuansów pomoże zobaczyć je w projekcie. Zapewne niektórym, bardziej podatnym na sugestię, tak. A jeżeli tak, to być może nastąpi chwilowe zafałszowanie odbioru znaku. Bo przecież oglądając znak w reklamie czy naklejony na samochodzie nie dostajemy tejże informacji pogłębiającej nasz odbiór. Czy nie znający Polski Irlandczyk, może taki jeszcze jest, zobaczy w logo Polska (z latawcem) znak polskich sił powietrznych? czy tylko dziecinną zabawę latawcem, a może odwołanie do „przekrętu bankowego”? Albo coś widać, albo nie. Albo skojarzenia są w zgodzie z założeniem twórcy, albo też nie i na to siły nie ma. Znak musi mówić sam. Nie twierdzę, że te wszystkie objaśnienia nie są potrzebne wogóle. Owszem są, i to bardzo przydatne, w fazie wprowadzania znaku do użytku wewnątrz firmy. Pomagają lepiej utożsamić się z nim personelowi. Na zewnątrz zaś dają doskonałą okazję do wykorzystania PR-owskiego. Jednak warunek ich spójności, tego co opisane z tym co widać, musi być spełniony. Inaczej następuje rozdźwięk między obrazem a tym co czytamy. Przykład z kręgu sztuki, wydaje mi się być dość akuratny – malarz założył sobie namalowanie obrazu swojego kwiatowego ogrodu, tych wspaniałych irysów, begonii i całego bogactwa kwiatowego, jakie wyhodował. Jest jednak twórcą dość przewrotnie, a może ułomnie, postrzegającym rzeczywistość. Powstaje obraz w jego mniemaniu fantastyczny oparty jednak na totalnie zimnej i ciemnej palecie barw. Obraz „nocny horror” bardziej niż słoneczny, ciepły grą kolorów, dzień. Czy wystarczy nazwać to „słoneczny, ciepły grą kolorów dzień w moim ogrodzie”, zgodnie z pierwotnym zamysłem, by zmienić postrzeganie tego co widać? Jeśli twórca znany jest z tego typu przewrotności ludzie zrozumieją ten myk i rozdźwięk treści podpisu i obrazu potraktują z obowiązkowym. mrugnięciem oka, a co jeśli nie? a co jeśli podpis z tytułem ktoś zwyczajnie oderwie? Stare pytanie powraca – czy róża nazwana fiołkiem będzie inaczej pachniała i wyglądała?

Dlaczego to piszę? ano bo utarło się, nie wiedzieć czemu, wyduszanie z projektanta owych objaśnień na etapie wyboru szkiców. Fakt że z niektórych wyduszać nie trzeba i sami peplają jakie to cuda tam w środku, a synboliki, a przesłania zawarli. Po co zleceniodawcy wyduszają? może dlatego by czuć się bezpieczniej, by mieć świadomość jak projektant się napracował strasznie, a potem, jak padnie krytyka, móc ze spokojem stwierdzić że podbudowa teoretyczna, że wykładnia, że się zasugerował… Dziwi mnie to niepomiernie o tyle, że na ogół pracuje się na briefie, gdzie owe założenia wyjściowe są jasno określone. Nie ma zatem znaczenia co dopowie się PO skoro można zweryfikować projekt z założeniami. Wiem, niejednokroć, sam opisałem to przy okazji Lublina, założenia są tak szerokie, nijakie i ogólne, że nie wiadomo w którym ich kątku należałoby szukać i przymierzać. No bo jak bez podpowiedzi „co twórca miał na myśli” odnieść projekt do, jedynych określonych wyjściowo, haseł na przykład – firma dynamiczna i nowoczesna? Każda taka. Nie każda? Ależ każda, jak nie jest nowoczesna i dynamiczna to nie robi identyfikacji, bo niby po co.

I tu wracamy do początku czyli założeń teoretycznych do Identyfikacji wizualnej. Jasne jest oparcie się na przygotowanej strategii tego wizerunku. Jasne i trudne zarazem. No bo to i audyt zrobić trzeba i strategię samej firmy przemyśleć i wypracować tę wizję na zaś, czyli na przyszłość, i to w skali co najmniej kilkuletniej, jak nie więcej. Czy pomoże w tym spec/teoretyk od CI? wątpię, wkraczamy bowiem w obszar nie tyle komunikacji wewnętrzno-zewnętrznej co podstaw samej firmy. Po prostu bez tych podstaw nie da się opracować żadnej komunikacji. Ale przewrotnie da się zbudować identyfikację wizualną. Kulawą to prawda, ogólną do granic możliwości, ale się da. Ba, w miarę obrastania firmy w piórka da się, na upartego, dorobić teorię, która ukierunkuje dalsze działania. Bzdura! zakrzykną zapewne specjaliści od komunikacji. Czyżby? wystarczy rozejrzeć się wokół. Słynna Coca-cola dostała logo, na którym oparta jest i obecna identyfikacja, od księgowego, sumiennie wykaligrafowane. Tylko proszę mi nie tłumaczyć że wraz z rozwojem firmy zmieniała się jej wizja, posłannictwo itp. duperele. Owszem zmieniało się tylko jaki wpływ miało to na logo? bardzo prosty lifting i niezauważalne dostosowanie do nowych czasów.

Szumne generowanie teoretycznych podstaw każdej nowej misji, w wypadku firmy, funkcjonującej od lat, ma za zadanie jedno, nie łudźmy się, wygenerowanie nowych i wyższych dochodów, po to w końcu istnieje biznes. Oczywiste że każda metoda dobra, która prowadzi do celu. Naturalnymi metodami są reklama, CI, marketing Nie na darmo jednak teorie marketingowe odwołują się do teorii wojny. Bo to wojna, nie tylko z konkurencją, ale również z klientem. Wojna o jego zmysły, chęci, zamiłowania, uczucia i co kto chce, a tak naprawdę o jego kasę. Wszystkie chwyty i bronie dozwolone, by zagarnąć i zniewolić. Podatność na sugestie wykorzystywana w reklamie a podbudowana misją i strategią teoretyczną, ciężka broń w postaci identyfikacji wystrzeliwana z regularnością działka szybkostrzelnego w oczy klienta, badania odpowiedniego momentu emocjonalnego, chwili słabości i podatności by do użycia wprowadzić tajemną broń przywiązania do marki. Trafiony, zatopiony. Coraz nowsze techniki atakowania naszych zmysłów napotykają jednak barierę, jaką jest zwykły przesyt daną bronią u odbiorcy, broń traci na sile rażenia i kule Pan Bóg nosi. Powstaje totolotek z trafieniami i czas na nową misję, nowe strategie i horyzonty, nową ma się rozumieć również wizualność. Nie tylko koło historii zatacza krąg, chociaż czasami po prostu się zatacza.

Paradoks nowego znaku polega na prostej konstatacji – już jest, ale dopiero będzie. Fizycznie jest, jest projekt znaku mającego określony i zaakceptowany kształt i dookreślenie nazwą. Został więc mu przypisany ścisły zakres pojęciowy. Ale to martwa fizyczność, w którą trzeba tchnąć ducha i ożywić. Dać mu szansę zaistnienia i zetknięcia z odbiorcą i jego reakcjami, emocjami i skojarzeniami. Dopiero wraz z nimi zacznie żyć. Dopiero ubrany w tiurniury reklam, fantazyjne upchany w zaplanowanych kontekstach nabierze ciała i zacznie prawdziwe życie, życie w świadomości konsumenta. Do tego momentu zaistnienia, w świadomości odbiorców, jego przypisane znaczenia i symboliki nie mają większego znaczenia. Można je zmienić na inne, zmieniając ledwie logotyp. Jasne że ta sztuka nie uda się w wypadku znaku czysto literniczego, ale śmiem twierdzić, że wobec każdego innego, zawierającego element graficzny, już tak. Żeby nie być gołosłownym zastanówmy się przez moment czy np. słynne jabłko Apple dałoby się wpisać w inne znaczenia, symboliki i konteksty. Ależ znakomicie, to samo Nike, Mercedes, Puma, Renault, Deutsche Bank i inne znaki/sygnety. Fakty są więc niezaprzeczalne to świadomość nas odbiorców kreuje markę, ale także postrzeganie symboliki logo. Niekoniecznie podpowiedzianej, opisanej, podanej odbiorcy na talerzu, raczej symboliki zawartej w samym znaku i czytelnej w odpowiednim anturażu na podstawie jego własnej wiedzy i doświadczenia. Czy to oznacza że te znaki są złe? Ależ skąd. Są znakomite, unikatowe i mocno akcentują kogo oznaczają. Właśnie dlatego że nie są bytem martwym, a wbudowanym w ściśle określony kontekst wizualności firmy. Zerknijcie na to co zaprezentował Mario Amaya cz.1 i cz.2

Dlaczego to piszę? ano utarł się u nas dziwny obyczaj udowadniania wyższości poszczególnych działań, w obszarze identyfikacji, nad innymi. PR-owcy twierdzą że to ich działka najważniejsza, marketingowcy zasługi przypisują sobie, a jeszcze reklamowcy swoje, a graficy, że o wizerunkowcach czy teoretykach CI nie wspomnę. Wszyscy uważają resztę za podmiot wykonawczy, potrzebny, ale mniejszej wagi. Każda pliszka swój ogonek chwali a w efekcie klient zostaje wielekroć w malinach. Bo o ile każda ze stron triumfalnie ogłasza że to ich zasługa, to już w wypadku klęski winni są inni. Bo czy ktoś widział twórcę mówiącego – sorry, to ja spieprzyłem tę reklamę, albo koncepcję CI, albo logo? Ano nie, martwa cisza i zaciągamy kotarę. Od braku kompetencji decyzyjnych, po stronie zleceniodawcy, do braku chęci współdziałania na każdym poziomie, po stronie wykonawców, tworzy się zaklęty krąg nakładających się i nawarstwiających potknięć i aż cud, że wiele tych działań kończy się sukcesem. Tym bardziej że aparat mierniczy tych wszystkich działań jest zbyt zawodny i tak naprawdę wzrost sprzedaży może równie dobrze wynikać z kampanii reklamowej, marki jako takiej, ale i pogody za oknem, albo zwykłej dostępności, czy przypadkowej zupełnie plotki, a czasem po prostu błędu konkurencji. Skąd pewność że nasza wspaniała kampania przyniosła ten zysk? A może to właśnie fatalna kampania naszych przeciwników dostarczyła nam tych klientów? Bo wbrew pozorom łaska klienta na pstrym koniu jeździ i nawet „dopieszczany” potrafi zmienić front, przechodząc do konkurencji.

Mamy więc w tych puzlach kolejny element układanki – obsługę klienta, rozumianą niestety przez wielu jako uśmiechnięty personel i zamieciony holl. A co mnie interesuje czy panienka się szczerzy jak koń w uśmiechu, skoro z tejże przykładowej panienki wydusić się nie da żadnych treściwych i pomocnych informacji, co mi po zamiecionym hollu derekcyji, skoro na ulicy przed firmą zęby można wybić na dziurach, a chodnik miotły nie widział od ostatnich obchodów pierwszomajowych za soc. Co mi z tej sztuczności zachowań, jeśli za nimi nie stoi rzeczywista chęć pomocy mnie jako klientowi, a przemożna chęć obrony firmy przed natrętem. Na dodatek wszystkie takie pozorowane działania nazywają „troską o klienta”. Ci sami ludzie zauważający niestosowność, czy naganność postępowania w innych firmach, których są klientami, jednocześnie u siebie tego nie widzą, ba, wielekroć kopiują takie zachowania jako „bardziej efektywne”. No ok, można sobie powytykać i odpuścić, ale skądeś ta sytuacja wynika. Bo nie tylko z akurat takiego charakteru pracownika, ale i przyzwolenia No to zadajmy sobie proste na pozór pytanie – w ilu firmach jest kompetentna osoba dbająca o jej wizerunek, również w obszarze kultury obsługi, na tyle silna by nie wpływały na nią naciski, sugestie i małe szantaże, umocowana na tyle silnie, by podjęte decyzje były wprowadzane w życie?

Ci od CI to, wbrew pozorom, to nie tylko teoretycy, projektanci, ale wszyscy bawiący się tymi puzzlami, również ci obsługujący zadania wizerunkowe po stronie firmy. Tak jak znak nie funkcjonuje sam z siebie, tak i teoretyczne podstawy strategii nie funkcjonują bez ich wprowadzenia, są czystą teorią. Wprowadzenie ich w życie ożywia je, jednak tylko na tak długo, jak długo są realizowane konsekwentnie i z determinacją. Tak długo jak ich twórca ma możliwość wprowadzania korekt i poprawiania tej strategii jeśli jest taka potrzeba, a rzadko ma. Na ogół pałeczkę przejmuje kto inny, dostosowując, dopasowując, przykrawając do potrzeb i własnych mniemań i gustów. Twórca, każdego z etapów, traci jakikolwiek wpływ na własne dzieło zaraz po zakończeniu zlecenia.
A może to i dobrze…


Zimowy dizajn

22 maja 2008

Za oknem coraz bliżej do lata, a ja postanowiłem przywołać ciut zimy. Tak się składa że zimowe igrzyska olimpijskie jakoś chowają się w cieniu tych letnich. Tak samo ma się rzecz z ich znakami. Logo letnich omawiane jest na wszelkich forach i stronach, od sportowych po dizajnerskie. Zimowe logo pojawia się jak zefirek i znika. No to moze warto je  pokazać, tak poza sezonem. Tym bardziej że to ciekawy obraz zmieniającej się z upływem czasu estetyki i wagi przykładanej do znaku.

Mimo że historia Zimowych Igrzysk zaczyna się w roku 1924 w Chamonix, potem kolejno – St. Moritz 1928, Lake Placid 1932, Garmisch-Partenkirchen 1936, St. Moritz 1948, Oslo 1952 i Cortina d’Ampezzo 1956, zacznę od pierwszych igrzysk jakimi się interesowałem.

Squaw Valley 1960. Było to pierwsze logo, które usilnie w kajeciku próbowałem przerobić, za co zresztą przyszło zapłacić przepisywaniem 1500 razy  słowa „olimpiada”, w mojej wersji było niestety „olympiada”. Tak mój polonista uczył poprawności.

Innsbruck 1964 – to logo pojawi się raz jeszcze przy ponownym wyborze Innsbrucku. W historii Zimowych Olimpiad trzykrotnie rozgrywały się one w tych samych miejscach powtórnie – St. Moritz 1928, 1948; Innsbruck 1964, 1976; Lake Placid 1932, 1980, ale tylko raz użyto tego samego (prawie) znaku.
Grenoble 1968

Sapporo 1972. Ten znak odbiega stylistyką nie tylko od wcześniejszych ale i późniejszych zdecydowanie na plus.

Innsbruck 1976. Powielony znak z roku 1964 przeszedł mały lifting i po sprawie
Lake Placid 1980. Jak dla mnie zdecydowanie najbrzydszy.
Sarajewo 1984

Calgary 1988. Najpierw Sarajewo a następnie także Calgary zaprezentowały znaki jednokolorowe, sterylne i technicze

Albertville 1992

Lillehammer 1994. Znak graficzny sprawia wrażenie jakby przewracał się w lewo

Nagano 1998

Salt Lake City 2002

Turyn 2006

Tak oto dochodzimy do przyszłości  – rok 2010 Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver

W roku 2014 stolicą Zimowej Olimpiady zostało wybrane Soczi, jednak warto pokazać również znaki kontrkandydatów.

Patrząc na ten zestaw znaków widać nie tylko jak daleką drogę przeszedł dizajn, ale i jak coraz większy wpływ na Igrzyska miały rozwijające się media, przedewszystkim elektroniczne. A mają coraz większy.


Europejska Stolica Kultury

19 maja 2008

W Poznaniu nareszcie wykaraskali się z dwuetapowego konkursu na logo Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Pierwszy konkurs miał formułę otwartą i… nie spełnił wymagań. Drugi skierowano do profesjonalistów i jak wyjaśnił Maciej Frankiewicz, (wiceprezydent Poznania):

Tu najlepsza okazała się poznańska agencja Men at Work, która przygotowała naszym zdaniem najciekawszy projekt

Tomasz Hilt z Agencji Man at Work, cytat za money.pl, mówi tak:

Logo jest na tyle uniwersalne, by móc je odnieść do różnorodnych treści, jakie niesie za sobą projekt, a jednocześnie nawiązuje do symboli, które mają znaczenie dla poznaniaków, stąd koziołek i kolor niebieski

fotka z konferencji – Aleksander Bąk

Mnie się podoba, na pewno pozytywnie wyróżnia się w dotychczasowej konkurencji. Gdybym miał wybierać stolicę kultury, tylko po znaku, Poznań wygrywa. Na końcu dałem zestawienie znaków, dla porównania.

A co u konkurencji do miana Europejskiej Stolicy Kultury?

Warszawa aspiruje, jak zwykle. No i fajnie, z jednym zastrzeżeniem – zamiast działań mamy pozorowane ruchy. Było logo Młodoźeńca, zaprojektowane na tę okoliczność,

było, ale się zbyło. No to co, że było lepsze od nowego, że już warszawiacy je zaakceptowali? Kogo to interesuje. Nowe lubi się pokazać. Ciekawe czy, oprócz przytaczania negatywnych opinii z gazet, zrobiono jakies badania. Założę się że nie. Bo po co?

Nowa zarządzająca sprawami warszawskiej kandydatury postanowiła zabrać się ostro do roboty i… zmieniła logo. Amatorszczyzna.

Autorem tego symbolu „kultury” jest grupa artystyczna Twożywo, nb. laureat Paszportu Polityki 2006

Na stronie Urzędu Miasta czytam taki pasus:

Zarówno poprzednie logo, jak i film, były kontrowersyjne w swej wymowie i nie spotkały się z przychylnym odbiorem. Początkowa komunikacja wizualna została skrytykowana przez publicystów i mieszkańców Warszawy. Głównym celem zmiany logotypu było stworzenie pozytywnych symboli towarzyszących walce o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Z kolei na na wp.pl Krzysztof Libel i Mariusz Sidorek opisują swój projekt następująco:

Projekt logotypu „WARSZAWA 2016 – EUROPEJSKA STOLICA KULTURY” w pewnym stopniu nawiązuje stylistycznie do złotego rozkwitu miasta w okresie międzywojnia. Symbolicznie w znaku zawarta jest falująca dynamika odzwierciedlająca żywiołowe tempo życia miasta, jego witalność i młodość. Rosnące litery akcentują to, że proces ciągłego rozwoju jest wpisany w specyfikę miasta. Zmienność koloru napisu podkreśla współegzystowanie różnorodności tradycji i pokoleń.

Ręce opadają. To już przestaje być śmieszne, całe to dorabianie dętobzdetnych ideologii. Rozumiem że twórca czymś się inspirował, na jakimś briefie pracował, wszystko ok, ale albo to widać, bez dopowiadania, albo nie. Jak nie widać, to żadna ideologia nie pomoże. Ja bardzo przepraszam, czy jak artysta zrobi kupę i nazwie ją różą, to ona natychmiast zacznie pięknie pachnieć?

Więcej o przemyślnych działaniach pozorowanych zmianą logo na infowarszawa.pl

Konkurencja razem

A skoro wracam do tematu, pisałem o tym w listopadzie ub. roku, warto raz jeszcze pokazać konkurencję, bez Szczecina gdzie jeszcze myślą co zrobić:

Poznań 2016 Europejska Stolica Kultury Lublin 2016 Europejska Stolica Kultury

Łódź 2016 Europejska Stolica Kultury Toruń 2016 Europejska Stolica Kultury
Warszawa 2016 Europejska Stolica Kultury Gdańsk 2016 Europejska Stolica Kultury

A propos Gdańska, i jego logo Europejskiej stolicy Kultury, trafiłem, nieco spóźniony, na blog Tomasza Topy. Pozwolę sobie zacytować  wypowiedź Anny Czekanowicz, z-cy dyrektora biura prezydenta Gdańska ds. kultury, sportu i promocji. uzasadniającą wybór projektu autorstwa Moniki Krause.

Głównym kryterium wyboru była wyrazistość artystyczna, a nagrodzona praca nie tylko jest ciekawa kolorystycznie, ale przede wszystkim pobudza wyobraźnię.

No moją pobudziło nad wyraz, na wszelki wypadek zmilczę Szczególnie owa koga przypominajaca nocnik.
Warto poczytać całą notkę, bo autor pokazuje i komentuje także inne trójmiejskie znaki. Więcej zaś o wrażeniach jakie wywarł projekt  na forum.rzeczy.net

——-
Źródła Poznań:
2016poznan.pl
tutej.pl
money.pl
epoznan.pl
radiomerkury.pl
goldenline.pl

Źródła Warszawa:
Agnieszka Kowalska i Izabella Szymańska – „Logo za logo”, Gazeta Wyborcza,Stołeczna,10-11.05.2008


"Kładź na to lachę"

19 maja 2008

ZDROVIT zafundował internautom kampanię, reklamującą witaminy z L-karnityną i guaraną, w stylu „super-hiper-cool młodzieżowym”, choć dla mnie to raczej styl szczeniacko-lumpowski. Co zresztą stanowi dość swoiste połączenie wyobrażenia o producencie specyfików paramedycznych z tym „młodzieżowym” stylem.

Miało pewnie być odjazdowo i tak krejzi, wyszło wulgarnie – „ciągnij druta”, „czochraj bobra” „kładź na to lache” itp. No milusio jest, pełny odjazd, tyle że… do rynsztoka. Pogratulować firmie inwencji twórczej.

Poczytaj też dyskusję na GL o tej kampanii.

A swoją drogą, ciekaw jestem czy odezwą się oburzone feministki, jak przy Mobilking, i zakrzykną gromko coś o męskim szowinizmie i poniżaniu kobiet.


InTime

6 maja 2008

W kącie stoi Twój obraz,
zapakowany od lat.
Miałem go wysłać… dawno…
Tyle burz minęło,
zmieniła się pogoda
i pajęczyny pokrywają obrazy.

Your painting stands in the corner
packed up years ago.
I was to send it…long ago…
So many storms have passed.
the weather has changed
and cobwebs cover the paintings.

(napisane dawno temu…)


Wełniana biel

2 maja 2008

Po 28 latach wyjaśniła się tajemnica nie białej bieli naszej flagi, która nie chce być biała ani na ekranie ani w druku jesli zastosujemy parametry systemu CIELUV (1976)  zapisane w z Ustawie o symbolach narodowych z 31 stycznia 1980 roku, załącznik nr 2. Pisałem o tej rozbieżności w swoim tekście z 2006 r. Barwa flagi. Toczyła się też interesująca dyskusja na Wikipedii
A wszystkiemu, jak się okazuje,  winna jest wełna. To wcale nie jest żart.

Dzięki dociekliwości Stanisława Bajtlika i jego kwerendzie w sejmowym archiwum dostaliśmy nie tylko szersze ujęcie tego tematu, w artykule Szyjemy flagę narodową (Gazeta Wyborcza 1.05.2008 r.), ale i dokładne wyjaśnienie dlaczego w ogóle mamy taki problem z kolorami płatów flagi. Bo choć Ustawa jest precyzyjna

…dla barwy białej: x = 0,315, y = 0,320, Y = 82, ?E = 4,0, a dla barwy czerwonej: x = 0570, y = 0,305, Y = 16,0, ?E = 8,0. Określają one barwy i oświetlenie przy którym są oglądane.

Jednak, cytując dalej:

Parametry z przestrzeni CIE można przybliżyć (podkreślam, to tylko przybliżenie) parametrami CMYK lub RGB (zależy, jaki program graficzny mamy w naszym komputerze). Należy na monitorze ustalić parametry CMYK dla bieli: 4, 11, 1, 0, a dla czerwieni: 11, 100, 81, 2 (są to odpowiednio parametry dla cyjanu, magenty, żółci i czerni). Jeśli ktoś woli system RGB, to w programie graficznym powinien sobie zbudować (a ćwiczenie jest bardzo łatwe nawet dla niezaawansowanych komputerowo) barwy o takich składowych: dla bieli 240, 227, 237, a dla czerwieni 212, 29, 58 (wartości odpowiednio dla czerwieni, zieleni i niebieskiego). Jeśli ktoś pracuje w drukarni, to powinien użyć puszki farby białej Pantone 243C i czerwonej Pantone 186C.

I dostajemy właśnie ową nieszczęsną biel-nie biel.

Ale wróćmy do winowajcy całego zamieszania, czyli wełny. Na marginesie –  rysunek Orła opracował nieżyjący już Szymon Kobyliński (1927-2002). Otóż w powołanym minizespole za kolorymetryczne określenie barw odpowiadał Nikodem Sobczak, specjalista w dziedzinie kolorymetrii.

Ale skąd w końcu te, a nie inne odcienie? Sobczak wyjaśnia, że biel wynikała z możliwości wyprodukowania płótna wełnianego o tej barwie. Bandery na statkach są szyte z tkanin wełnianych. Ten wymóg zadecydował o odcieniu. Czerwień powstała w drodze wielkiej ilości prób, na różnych tkaninach. Chodziło o to, by flagi szyte z różnych materiałów wyglądały możliwie podobnie, a przy tym nawiązywały do tradycji. Pamiętajmy, że tkaniny prześwitują (co rozbiela barwę). Ten sam barwnik położony na materiale i na papierze czy desce da inne rezultaty.

Polecam przeczytanie całego artykułu w GW, znajdziecie tam więcej interesujących szczegółów.

No i sprawa byłaby w końcu jasna, gdyby nie fakt… iż parametry CIELUV dotyczą precyzyjnie tylko barw flagi. Powstaje zatem pytanie – a co z herbem, zwanym zresztą w ustawie, niewiedzieć czemu, godłem? Skoro wiadomo że barwa, zgodna z parametrami, w druku da inne rezultaty dlaczego nikt tego nie wziął pod uwagę i brak specyfikacji dla herbu, w którym obie barwy, biała i czerwona, występują? Pytań pewnie można by postawić jeszcze kilka. Mamy, w tym wypadku, przykład na to, że dobór parametrów dla jednego tylko nośnika, wełniana bandera na statkach, stwarza problem odwzorowania na każdym innym nosniku. Być może gdyby określono szerszą specyfikację również dla innych pokdładów i technik druku, uwzględniając przestrzenie CMYK i RGB, problemu by nie było, ani przybliżania, ani widocznej wzrokowo różnicy. Niestety jest co jest.  Tym bardziej należy jak najszybciej ponownie określić parametry barw, tak dla flagi, jak i herbu, w kilku przestrzeniach oraz poprawić przy okazji nieszczęsną ustawę.

Trudno nie zgodzić się ze z tym co powiedział, podczas tegorocznych obchodów Dnia Flagi RP na Placu Zamkowym w Warszawie, marszałek Sejmu Bronisław Komorowski:

Flagę narodową należy czcić w taki sposób, by było w tym jak najwięcej miejsca na radość

Trudno jednak także mówić o szacunku dla symboli narodowych i trzymaniu się ściśle wymogów ustawy wobec wszechobecnego „przybliżania” tych narodowych barw i zgody na powszechna ich niezgodność, a więc de fakto łamanie zapisu tejże ustawy.

Post scriptum

Przy okazji Dnia Flagi pojawia się, jak zwykle, kwestia „która flaga?” – z orłem (niewłaściwa) czy bez (wlaściwa). Nie pomaga tlumaczenie ani ustawa skoro dziennikarze sami bedą uwiarygadniali użycie flagi z orłem (niewlaściwej) ilustrując teksty a nie odnosząc się ani slowem do owej nieprawidłowości. Przykład jaskrawy prezentuje onet.pl, dwa zdjęcia i na obu niewlaściwe, z punktu widzenia ustawy, flagi – przykład 1przykład 2. Inna sprawa że ja też uważam kolejność ważności i zakresu używania obu flag, zawartą w ustawie, za chybioną.

PS Więcej o herbie RP na stronie projektu Orli Dom.


Niechlujny Dzień Flagi

1 maja 2008

Dzień flagi to także dzień refleksji nad jej używaniem. Tym razem walkę o prawidłowość nie tylko posługiwania się symbolami narodowymi, ale i miejskimi, trwającą już nb. 4 rok, można znaleźć na stronie dr Marka Nienałtowskiego z Oleśnicy. Szczególnie smakowity taki oto kwiatek, z flagami państwowymi i miejską w roli głównej:

Święto flagi w 2008 r.
Burmistrz Oleśnicy, uznał, że nie będzie wysłuchiwał opinii jakiegoś mało znaczącego mieszkańca miasta i w dalszym ciągu nakazuje zawieszania flag w sposób wskazujący na podstawową nieznajomość weksylologii, brak poszanowania dla flagi państwowej i uchwał Rady Miasta. 30 kwietnia 2008 roku powieszono flagi, jak pokazano na poniższym zdjęciu. Czyli niechlujnie i błędnie.

fot. Marek Nienałtowski
fot Marek Nienałtowski

Nie wiadomo dlaczego „flagę miejską” otoczono dwiema flagami państwowymi, z których jedna jest krótsza (niechlujstwo !). Powinna wisieć tylko jedna flaga państwowa z lewej strony flagi miejskiej (od patrzącego). Przypominam, że flaga państwowa nie służy do upiększania placu.

Komentarz autora jest nie tylko druzgocący ale i całkowicie zasadny.

Dla zainteresowanych – protokół flagowy, którego należy przestrzegać.

Warto przy okazji wspomnieć, a polecić uwadze stronę p. Marka Nienałtowskiego (www.olesnica.org), która „jest najobszerniejszą na Dolnym Śląsku prywatną stroną poświęconą historii miasta” i otrzymała rekomendację serwisu Album Polski nasze małe ojczyzny (jednego z poważniejszych serwisów zajmujących się heraldyką i weksylologią), jak napisano:

Za niezaprzeczalny ogrom pracy i odnajdywanie okruchów niezwykle bogatej informacji dotyczącej dziejów bliskiego sercu miasta – Oleśnicy. Za determinację w walce o jednolitość i prawidłowość stosowania wizerunków symboliki miejskiej. Za niezwykłą pasję emanującą ze stron i nietypową acz skuteczną promocję regionu. Za głębokie westchnienia, przemyślenia i wnioski aby Polska była Polską w każdym swoim zakątku.

cóż można dodać, oby więcej takich pasjonatów i stron. Autorowi zaś życzę by władze Oleśnicy traktowały go serio.