Ciekawe i bardzo

28 czerwca 2006

O pamiątki polskie toczono boje za prl, a i po transformacji parę bitew odtrąbiono Ciupaga i kierpce, bursztynowe okręciki, czy wycinanki łowickie taki obrazek Polski ciut cepeliadowej, znośniejszy ludowy souvenirek. Pomysłu na promowanie trochę nowocześniejszego wizerunku poprzez gadżety nie ma. Przepraszam, nie było, bo pomysł jest i to moim zdaniem kapitalny i przewrotny – promowanie naszej ojczyzny poprzez nasz językowy łamaniec, jakim dla obcokrajowca jest sz, ś, ź, ż. Niemożliwe? Możliwe. I realne – Szmerpops. Mam jedynie obawy by na pomyśle się to nie skończyło Więcej na stronie „rzeczy o dizajnie” http://www.rzeczy.net/czytaj_211.php.

Typografia rzecz ciekawa i zawsze warto wiedzieć więcej. Inicjatyw propagujących w tym względzie raczej niewiele u nas, tym cenniejsze te, które się pojawiają jak typo.org.pl, ale nie ma róży bez kolców, choć ponoć już wyhodowano takową dla ułatwienia życia. Tematy ciekawe, dyskusje takie sobie niemrawe, poza jedną, ostrą i długaśną, na temat pomysłu adaptacji warszawskiego Miejskiego Systemu Identyfikacji w Łodzi – ależ emocje! http://typo.org.pl/forum/viewtopic.php?t=58 Martwi jedno – stagnacja na forum, większość postów to rok 2005, a potem cicho, cichutko, szepcik jakiś jeden, na okrasę.

Przy okazji typografii, portal dtp.pl promuje książkę Krzysztofa Tyczkowskiego Lettera Magica http://www.dtp.pl/noweprodukty/index.asp?id=185 Ceny jednak nie znalazłem, może negocjowalna, bo są za to telefony.

Tomek Kozłowski na swoim blogu http://www.tomaszkozlowski.com/pl/ postanowił pisać także po polsku, na początek zaserwował ciekawą przypowiastkę, rodem z “Jak doprowadzić konkurencję do szaleństwa” Guy’a Kawasaki . A że sztuka walki konkurencyjnej to sztuka walki, to i od przywołania aikido zaczyna.

A skoro na biznesowości przemyk zrobiłem to, jak najbardziej w tym temacie wbrew pozorom, historia „… pierwszej wyprawy Zheng He – chińskiego żeglarza, który w latach 1405-1433 aż siedmiokrotnie pływał na zachód, przemierzając ponad 50 000 kilometrów i odwiedzając 37 krajów i regionów. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie chińscy marynarze pod dowództwem Zheng He pierwsi dotarli do Ameryki Północnej, Grenlandii, Antarktyki, Australii i Nowej Zelandii.” http://www.psychotronika.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=231&Itemid=45 Puentą tej wyprawy mamy taką, cytuję autorkę, Grażyna Czajka-Bartosik, z dyskusji na forum CNEB – „… kiedy kończył on już swoją wieloletnią morską wędrówkę, w Chinach zapanował Konfucjanizm. Filozofia konfucjańska przedkładała wyższość rozwoju duchowego ponad materialny. Dlatego w ciągu krótkiego czasu unicestwiono najpotężniejszą na świecie flotę tamtych czasów.” Ciekawe co mogłoby być, gdyby to nie nastąpiło?


Jak wolne ptaki…

25 czerwca 2006

Państwo robi co może by ulżyć ciężkiej doli biznesmena, a właściwie jego kieszeni. VATy, akcyzy, fundusze pracy, podatki pośrednie i bezpośrednie, ZUSy, zezwolenia, pozwolenia, łapki plusy i minusy. Historia nadmiernego fiskalizmu widać niczego nie uczy. Bezrobocie gigantyczne i problematyczne zarazem. Pracy nie ma, i pracowników nie ma. Robota na czarno plus zasiłek to metoda na zycie zbyt wielu, jak na normalność.

Prezydent Wrocławia będzie za ciężkie pieniądze prowadził akcję przekonywania rodaków z Anglii do powrotu, ponoć brak rąk do pracy (??), łatwiej to niż zakrzątnąć się na miejscu, no i nie byłoby tak medialne. Dlaczego znów mam dziwne wrażenie, że nie o to idzie… że to opakowanie zastępcze…?

Biznesmeni wolne ptaki, latają po niebie (biznesu)… na uwięzi.

Biznesmani wolne ptaki...

Rysowałem co prawda na początku naszej transformacji, ale aktualności nie traci, dodałbym co najwyżej parę sznurków, sznurów i niteczek. Coś w tym chyba jest… promujemy się latawcem… hmmm…


2 ciekawostki z Signs.pl

24 czerwca 2006

Na portalu signs można przeczytać dwie ciekawe informacje:

1. niestety nie jest tak dobrze z trwałością płyt CD, jakby się zdawało – http://www.signs.pl/article.php?sid=4120

2. bardzo interesujący temat łamania barier – „Film dokumentalny – jak niewidomi korzystają ze stron www” – w dobie upowszechniania się internetu także do tej grupy można dotrzeć, warto więc poznać ich sposób surfowania, aby im to ułatwić http://www.signs.pl/article.php?sid=4124


Konkursidła

24 czerwca 2006

Konkursy na „jakisiś” projekt graficzny, urządzane przez różnorakie instytucje, przypominają mi konkursy piękności. Tu i tam do ostrej rywalizacji startują „obiekty” różnorakie pod względem pochodzenia, wiedzy, parametrów, „ubiorów”. W jednym i drugim wypadku wynik to loteria, uśrednianie gustu publiczności i jury. W jednym i drugim wypadku preferowana jest ładność, obojętne co to słowo znaczy. I tu zaczynają się schody czyli różnice. O ile super piękność może nie mieć nic do powiedzenia, nikt tego nie zauważy, każdy wpatrzony w kształty i mrugający rzęsami uśmiech, o tyle w konkursowych projektach sama ładność nie wystarczy musi coś „powiedzieć”, a przynajmniej powinien. Taki projekt, w przeciwieństwie do zabawy w wybory super babki, ma czemuś służyć. Czemuś i komuś. Konkretnie komuś – organizatorom, i czemuś – do konkretnych posunięć promujących.

Wybór tej czy innej misski nie ma większego znaczenia, poza estetycznym, ani dla nas, ani dla naszej organizacji czy biznesu. Wybór tego czy innego projektu takie znaczenie ma, dotyka nas bezpośrednio. Wybory miss to zabawa dla ludu, wybór projektu to, być może, nasza wygrana lub klęska w walce z konkurencją. Żonie nie damy prowadzić samochodu – bo porysuje, ale małolat-amator rysujący nam po wizerunku biznesowym już nie przeszkadza. Tam znamy wartość straty, są wymierne i realne – koszty lakierowania i blacharza, tu nie mamy pojęcia o stracie – bo to klienci, którzy nie skorzystali z naszych usług i poszli do konkurencji

Kobiety mają swoisty instynkt przetwarzania i dostosowywania powszechnie dostępnych, masowych ciuchów w niepowtarzalny, własny styl ubierania się. Styl ściśle dopasowany do Niej. Instynkt poszukiwania własnej oryginalności i niepowtarzalności. Po co ten ta wtrącona refleksja? per analogiam.

Firma czy organizacja każda walczy o własną niepowtarzalność i oryginalność w oczach klienta i każda chce poprzez własny wizerunek być dobrze i długo zapamiętaną. Czy kobieta wpadłaby na pomysł zorganizowania konkursu na własny image? nie sądzę, ale wystarczy spytać. Te, które takową potrzebę odczuwają oddają się w ręce specjalistów – stylistów, krawców, fryzjerów itp by wydobyli piękno, te wszystkie najważniejsze przymioty, tonując naturalnie wady, o ile są. Proste?. Za proste dla wymyślaczy konkursów na projekt graficzny „czeguśtam”. Nikt nie wpadnie na pomysł by zaprosić do położenia skomplikowanej instalacji elektrycznej pana Stasia, który właśnie był nabył śrubokręt w drodze kupna. – No co Pan zwariował. – Toż to grozi porażeniem prądu! – On nie ma żadnej wiedzy, nie odróżnia kabla od wtyczki…. itp. itd. A pokażcie mi wymyślacza konkursu, poza konkursami zamkniętymi, tylko dla specjalistów rzecz jasna, któremu przez łepetynę przeleci choćby mgiełka, cień ulotny takiej myśli w wypadku projektu. No fakt, porażenie prądem tu nie grozi. A co tak naprawdę grozi? Niby nic. Co groziłoby kobiecie, na którą zakładamy niedobrany do jej stylu i tuszy, kolorystycznie wrzeszczący ciuch, robimy nieodpowiedni do jej urody makijaż, dodajemy wojskowe buty itp upiększamy? Nic wielkiego – klapa, ośmieszenie, karykatura – do wyboru. A miało być pięknie…

Siedzimy w czwórkę w ogródku piwnym, żar z nieba, leniwe życie za oknem, pod parasolem z kufelkiem w dłoni jakoś chłodniej i milej. Gawędzimy o niczym, czyli o życiu, jak to z kumplami „z piaskownicy”. Jaś chwali się, ze ostro ciągnie biznes i idzie coraz lepiej, śmieje się ze mnie -nie wydałem grosza na grafika. Ha ha ha. Zrobiłem parę konkursików i mam wszystkie druki i logo za circa 300,-.  Po co przepłacać u was fachowców. Ha ha ha. Mój konkurent się wysadził z logo i bulnął 10 patoli, bo ma „identyfikacje” – Jasiu to ten co zaczął rok temu? -Ta. – A ty już ile ciągniesz? – No 8 lat i nieźle przędę, nawet brykę zmieniłem, dwa lata temu. – Jasiu a jak wyglądasz w branży, jesteś nadal pierwszy? – No nieee, byłem, ale… Jasiowi rzednie mina i zaczyna się monolog o złośliwości losu – ten … dopiero zaczął, a już ma 1 miejsce, klientów mi zabiera …. itd. itp. Złośliwość losu? hmm…

Siadamy i piszemy, spod dużego palca, tak – Konkurs na znak promujący/firmy/serwisu …. nagroda… /im mniej tym lepiej, dla naszej kasy/ i wioooo do sieci, do gazety albo na słup. Kto żyw siada i projektuje, szkicuje, gryzmoli i nadsyła, nadsyła aby dorwać tę nagrodę. Kto żyw z wyjątkiem tych co powinni, czyli specjalistów. No ale „no problem” w komisji też ich nie będzie. Bywają a jakże kryteria dodatkowe np. tylko zamieszkali u nas, albo tylko od lat 18, tylko dla posiadających kota itp duperele. Ciekawe, nigdy nie spotkałem zastrzeżenia „tylko profesjonaliści mile widziani”. No, ale tu akurat nie dziwota, ogłaszający konkurs dokładnie wie, że suma nagrody jest żenująca. Wyniki? w większości podobne do nagrody.

Tytułowe konkursidła, czyli konkursowe sidła, są niby dla frajerów – za małe pieniądze duży efekt, usidlają jednak, na ogół, organizatorów -bez efektu i długo.


UMCS zmienia logo na…

22 czerwca 2006

UMCS postanowił zmienić logo. Ok, najpiękniejsze nie było co widać

UMCS logo

Jak się do tego zabrali można poczytać w szumnej zapowiedzi „Które logo najlepsze dla UMCS”
tutaj http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,3427222.html

Paweł Jońca ujął to, w tej dyskusji, najkrócej – KOSZMAR. Dyskusja ostra, ale z przywołaniem dobrych przykładów do naśladowania. Moze ktoś z decydentów ją, przypadkiem, przeczyta….

Smaczek dodatkowy – robi to grupa studentów Wydziału Artystycznego UMCS. Bez komentarza.


22 czerwca 2006
logo
Tagi:

komentarze 2

Co może projektant logo…

22 czerwca 2006

Zadzwonił do mnie „stary” klient, od czasu do czasu rozmawiamy, dywagując na tematy różne. – Pan to widział? Podesłałem właśnie link, koniecznie niech Pan to zobaczy. Wnosząc z głosu był lekko podniecony i zirytowany, czymś co zobaczył. Zajrzałem na podaną stronę i przestałem się dziwić jego podnieceniu. Nie dalej jak 4 dni wcześniej rozmawialiśmy o wizerunku firmy na przykładzie jej strony www, jaki nią buduje lub niszczy, o prawidłowym eksponowaniu logo itp. To co mi zaprezentował było naturalnie przykładem paskudnie negatywnym, no ale.. – Co ja mogę jako projektant Panie Staszku? Nic. Dzieło zrobione oddane, prawa przekazane.Ależ to horrendum. – Wiem.

To co mogłem zrobić zrobiłem już dawno, pisząc tekst o posługiwaniu się znakiem firmowym na www, na konkretnym zresztą przykładzie pokazałem błędy, tekst jest dostępny na mojej stronie, ku rozwadze – vide http://e-alw.com/varia22.html . Co można zrobić więcej? Nic. Nie zmuszę Klienta do tego by zamawiał projekt logo + Księgę Znaku, koszt dodatkowy, nie zmuszę także by każde posunięcie konsultował ze mną. Choć, przyznam, wielu konsultuje swoje newralgiczne posunięcia. Nawet jeśli zamawia razem z Księgą, to i tak nie mam wpływu na to czy wogóle ją stosuje. Odpukać, stosują. Prawem klienta jest wykorzystanie mojej pracy w sposób dowolny, może ją schować do szuflady albo odwrócić do góry nogami. Jego prawo, jako właściciela. Mnie pozostaje nuta żalu, że tak wyszło, i nadzieja – jednak coraz większa liczba klientów zauważa potrzebę całościowego, jednorodnego podejścia do własnego wizerunku..


Wiedza tajemna

21 czerwca 2006

.Naszły mnie refleksje, czasami tak bywa, a propos terminologii fachowych, różnego zresztą autoramentu. Rozumiem ich potrzebę, przy coraz ściślejszej specjalizacji takie dookreślania pewnych rzeczy, na użytek własnej grupy, ma sens. Ale co z kimś spoza tej grupy? Co z prostym przepływem informacji, a zatem wiedzy, między fachowcem a niefachowcem?

Wiedza nagromadzona przez wieki, utrwalana i przekuta w kanony ulega powolnemu utajnianiu się, chowaniu wśród specjalistów, przestaje być ogólnodostępna. Terra magica. Dla wielu terra incognita. Postęp, ciśnienie czasu, codzienny „wyścig szczurów” przynosi coraz mniej zadowolenia, coraz więcej stresu i… coraz więcej usprawiedliwień że…

Zanikanie powszechności wiedzy powoduje wrażenie jej hermetyczności, wyższego stopnia wtajemniczenia, dostępnego li tylko wybranym szczęśliwcom. To z kolei powoduje hermetyzowanie się twórców/fachowców ze swoją wiedzą, boć ona nie dla maluczkich, nie pojmą. Fakt że sami odcinamy się od tej dostępności, ograniczając zakres postrzeganie świata przez pryzmat codzienności i portfela. Znamienne, że w dobie zalewu literaturą fachową, poradnikową, popularnonaukową czytelnictwo spada. Krąg odbiorców zawęża się do specjalistów, którzy nota bene i tak to znają. Z drugiej strony specjaliści zaczynają trzymać swoją wiedzę pod korcem terminologii, czemu sprzyja też anglicyzowanie pojęć, jakoby nieprzekładalnych i nieznanych. Ot mamy „art directora”, niby nowość, choć już za czasów przebrzydłego soc istniał tegoż polski odpowiednik – dyrektor artystyczny. Pocieszające, że jednak nie wszyscy poszli w te ślady i mamy też czasami „dyrektora kreatywnego”. Mamy „bief” a nie „założenia do projektu” – tu usprawiedliwieniem jest krótkość słowa brief i jego, jakoby, większe pole znaczeniowe. Brief po angielsku to po prostu list. Ta „hermetyzacja” wiedzy, podstawowej w sumie, przez język niestety daje szerokie pole do nadużywania, ze szkodą dla strony słabszej, czyli klienta. Po jego zaś stronie do komicznych nieporozumień.

Przyjęło się, nie tylko w branży artystycznej, stawianie klienta wobec dyktatu – chcesz z nami współpracować świadomie naucz się terminologii jakiej używamy, my ci nie pomożemy, albo twoja strata jak nie rozumiesz. Niby dlaczego mam się tego uczyć? po co mi wiedza o „droselklapie” prosząc o naprawienie cieknącego kranu. Ośmieszał już ten temat słynny kabaret Dudek, co nam łaskawie przypomina TV, we wspominkach kabaretowego mistrzostwa lat dawno minionych. Widać nie dotarło bo nadal aktualne.

Jest takie hasło „świadomy klient to lepszy klient” – fakt niezaprzeczalny. Aliści podejście do klienta wielu twórców/fachowców jest dokładnie odwrotne. Czytuję dyskusje o prowadzeniu biznesu, jak laitmotive przewija się tam permanentne pytanie – edukować klienta, czy wręcz odwrotnie. Pytanie z gruntu fałszywe, w podtekście jaki mu towarzyszy wyczuwam zawsze „toć głupi, więcej zapłaci”. „Nie będę mówił o mojej wiedzy i edukował maluczkich bo to wiedza specjalistyczna i 1. nie zrozumie, 2. działam przeciwko sobie ujawniając itp.” Problem w tym, ze tak naprawdę specjalista ma za sobą wiedzę, a klient nie. Ta wiedza może być, bez uszczerbku na honorze a wręcz z korzyścią, przekazana klientowi, ułatwi wtedy porozumienie się obu stron. Na dodatek nie jest ona ŻADNĄ wiedzą tajemną. Jest tylko przekazywana niezrozumiałym językiem. Tak naprawdę każdy fachowiec posiada zupełnie inną broń „tajemną” – talent, doświadczenie zawodowe, sprawność manualnego stosowania trików. I to akurat rzeczywiście bywa trudne do przekazania.

Zaczynając swoją przygodę z komputerem prosilem o pomoc przyjaciół. ludzi spoza sztuki, sprawnie operujących tym narzędziem. Byl to czas już Win, ale jeszcze DOS więc poslugiwanie się klawiaturą wydawało się bardzo istotne. Próbowali pokazać mi co i jak trzeba robić, a ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Problemem podstawowym było równoczesne patrzenie na klawiaturę i błyskawiczne wklepywanie przez nauczyciela oraz patrzenie na ekran by widzieć jaki efekt to daje. Tragedia. Albo widzialem co wklepał i nie widziałem co to daje, albo widziałem efekt nie mając pojęcia co zrobił. Moi nauczyciele nie byli w stanie przekazać mi własnego mistrzostwa manualnego, wykształconych odruchów i trików ktore stosowali już. nieświadomie.

Zaskakiwało mnie kiedyś okrywanie oczywistości prezentowanych w literaturze nazwijmy to poradnikowej. Stawiane tam tezy podobne były do wyjaśniania po co, jak i kiedy mówić „dzień dobry’, wydawałoby się czegoś naturalnego i przyrodzonego, swoją drogą ciekawe ile osob to robi odruchowo. A tu nagle odkrycie i wykładnia, że tak a tak powinno być. W wielu dziedzinzch postuluje się nowe tendencje czy kierunki podejścia, ciągle jednak odnoszę wrażenie że jedyne co w nich nowe to, na ogół, język jakim się to serwuje. Autorzy czasami są tak odkrywczy iż umyka im fakt „już starożytni…” i odkrywają amerykę-wiedzę zapomnianą li tylko. Ale dobre i to. Dobrze, że wracją takie oczywistości mając ponownie szanse istnieć szerzej niż tylko w kręgu wtajemniczonych.

Jeden z moich znajomych mówiąc o rozmowach z klientami żali się zawsze tak samo – no i co ja mam zrobić, podstawowych rzeczy nie znają, nie rozumieją jak im tłumaczę. A co im tłumaczysz przykładowo? No jak to co?? i… tu następuje słowotok specjalistyczny, niepojęty zupełnie bez slownika terminologicznego branży N. Dlaczego nie powiesz tego po polsku bez slangu zawodowego? No co ty?? przestanie mnie uważać za fachowca! Stawiam orzechy przeciw żołędziom, że i tak go za fachowca nie uważa.

Przypomniała mi się pewna dykteryjka a propos – Facet latał przez dłuższy czas po warsztatach samochodowych z problemem, coś stukało. Fachowcy oglądali, badali specjalistycznym sprzętem, drukowali wyniki testów, perrorowali językiem superfachowym, nieomal na poziomie fizyki kwantowej z uwzglednieniem czasoprzestrzni nie zapominając wspomnieć o zjawiskach paranormalnych, a w końcu inkasowali kasę. Klient nie rozumiał ani w ząb a jak stukało, tak stukało. Ktoś polecił znajomego fachowca z praktyką od 40 lat. Warsztacik maleńki, zero elektronicznego wspomagania, właściciel samochodu nieco skonfundowany obrazkiem oddał z drżeniem w sercu swoje autko w ręce pana Kazia. Pan Kazio posłuchał, posłuchał, wziął młotek i… bach. Pan Kazio powiedział tylko jedno słowo – już. Właścicielowi pot zimny spłynął po czole na myśl co też pan Kaziu mu właśnie mógł był roz…. Silnik pracował miarowo, spokojnie, bez stukania. BEZ STUKANIA! Co on zrobił?? Szybkie oględziny uspokoiły, śladu jakichkolwiek uszkodzeń, nawet brak śladu puknięcia. NIE STUKA. Co zrobił takiego, co inni nie mogli zrobić przez tyle czasu. Nic specjalnego. Po prostu wiedział gdzie puknąć.

Nie stawiam tezy o wyższości doświadczenia nad wiedzą. Stawiam tezę że czasami ta wiedza, a własciwie terminologia, jest wykorzystywana do usprawiedliwieniu niemożności. Zaprzęgamy do rzeczy prostych zbyt skomplikowany aparat aby to sie moglo udać. Ma on jednak dla profana moc magiczną, a prynajmniej takie mniemanie pokutuje, skomplikowana dywagacja prowadzona specjalistycznym językiem uświadamia klientowi małość wobec „fachowca”. Tylko ja mam wątpliwość czy to wogóle działa.


Księga znaku

21 czerwca 2006

Wydawało mi się, do dzisiaj, że prezentowany na mojej stronie przykład Księgi Znaku jest jasny i czytelny, bo obrazkowy. Utwierdzali mnie w tym także klienci, nikt nie miał problemu z odczytaniem zawartych w niej informacji. Widać Klienci wiedzą więcej niż… no właśnie…hmmm…

Trafiłem, na forum „osiol”, na taki oto topic http://www.osiol.net/index.php?showtopic=25445

Śmiać się czy płakać?


Spamuj mnie , ach spamuj…

17 czerwca 2006

Jak wszyscy walczę ze spamem, czyli niechcianymi śmieciami mailowymi Walka trwa, providerzy usłużnie zwiększają nam konta, by obsłużyć coraz większy napływ tegoż śmiecia, oferując jednocześnie filtry antyspamowe, ale nic nie pomaga. Dzienna dawka kasowania, u mnie, miewa wzloty do 300 takich maili, co to bez czytania kosz. Sam staram się nie uprawiać żadnego wysyłania ofert bez zaproszenia, szanując czas i nerwy innych chciałbym by i moje szanowano. Zresztą ta zasada, szanuj innych jak siebie, chyba powinna być normą nie tylko w biznesie. Tak, jak dbałości o klienta, nie należy mylić z nachalnością wobec niego.

Wstęp przydługi więc przejdę do konkretu, oto pomysł młodej bizneswomen na zdobycie klientów:

Krok 1. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc…

Krok 2. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc…

Krok. 3. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc…

Krok 4. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali. 4 raz i nic? …, no to…

Krok 5. dzwonimy do firmy N dlaczego nie czytali, odczekujemy, a jak nic, to…

Krok 6. Osobiście wybieramy się na rozmowę do firmy N, w sprawie tejże przesylanej oferty.

Pomysł powyższy zaczerpnąłem z forum biznesowego, gdzie nosił dumny tytuł „paradoks spamu”.Gdzie ten paradoks? za diabła nie wiem. Za to idealny pomysł na molestowanie klienta, aby go stracić na bank. Kryj się, kto może. Choć niektórzy ponoć lubią molestowanie, ale to raczej nie w tej akurat dziedzinie. Potrafię sobie nawet wyobrazić ciąg dalszy, czyli:

Krok 7. Błyskawiczna ewakuacja, w trosce o bezpieczeństwo wlasne.


u Saroty też o logo

16 czerwca 2006

Z datą 11 czerwca 2006 znalazłem u Wiktora Saroty http://sarota.blox.pl/html temat tyczący redesignu, odświeżenia logo „Zmiany, zmiany czyli odświeżamy wizerunek firmy cz. 1”, jak widać temat znaku zaczyna nabierać rumieńców, i bardzo dobrze.


16 czerwca 2006
logo
Tagi:

komentarze: 1